Czyżby był negatywnie nastawiony?
Otóż nie, ja tak zrzędzę zazwyczaj. Jeszcze mnie nie znacie ale jak już poznacie i nadal będziecie mieli ochotę czytać (w co wątpię) to takie utyskiwania nie wydadzą Wam się niczym niezwykłym.
Ale do rzeczy.
Film zapowiadał się słabo. Powiedziałbym nawet bardzo słabo. Bo cóż innego można powiedzieć o kolejnej filmowej adaptacji dobrej książki, i to adaptacji rodem z Hollywood. Już sama obsada nie wieszczyła nic dobrego. Owen Wilson i Jennifer Aniston ('spoiler':na napisach końcowych dowiadujemy się że Pani Jeniffer miała dwóch, podkreślam, dwóch, stylistów do układania włosów) jako pan i pani Grogan... Tu wiele dodawać nie trzeba, od razu widać że będzie słodko do bólu.
I słodko było. Nawet bardzo słodko. Sielanka amerykańskiego rodzinnego życia. I Marley oczywiście który starał się ową sielankę popsuć na wszystkie możliwe sposoby. Przed obejrzeniem filmu miałem obawy że z znakomitej książki o psie (nie bez powodu nazywa się Marlej i ja) powstanie kiepski film o rodzince Groganów. Całe szczęście się one nie spełniły. Wyszedłby wtedy film, bardzo ale to bardzo marny. A udało się zrobić? Naprawdę śmieszną komedię o zwariowanym psie. Bo film, i to powinno naprawdę wystarczyć za jego recenzję, jest o psie. I, wszechobecny szelest chusteczek na zakończeniu wskazuje że przez te dwie godziny można Marley'a naprawdę polubić.
Jednego po filmie nie oczekujcie. Jego język nigdy nie będzie tak dobry jak książki ('We spent the trip bopping like bunnies').
W sacherowej skali 4/5.
Ale do rzeczy.
Film zapowiadał się słabo. Powiedziałbym nawet bardzo słabo. Bo cóż innego można powiedzieć o kolejnej filmowej adaptacji dobrej książki, i to adaptacji rodem z Hollywood. Już sama obsada nie wieszczyła nic dobrego. Owen Wilson i Jennifer Aniston ('spoiler':na napisach końcowych dowiadujemy się że Pani Jeniffer miała dwóch, podkreślam, dwóch, stylistów do układania włosów) jako pan i pani Grogan... Tu wiele dodawać nie trzeba, od razu widać że będzie słodko do bólu.
I słodko było. Nawet bardzo słodko. Sielanka amerykańskiego rodzinnego życia. I Marley oczywiście który starał się ową sielankę popsuć na wszystkie możliwe sposoby. Przed obejrzeniem filmu miałem obawy że z znakomitej książki o psie (nie bez powodu nazywa się Marlej i ja) powstanie kiepski film o rodzince Groganów. Całe szczęście się one nie spełniły. Wyszedłby wtedy film, bardzo ale to bardzo marny. A udało się zrobić? Naprawdę śmieszną komedię o zwariowanym psie. Bo film, i to powinno naprawdę wystarczyć za jego recenzję, jest o psie. I, wszechobecny szelest chusteczek na zakończeniu wskazuje że przez te dwie godziny można Marley'a naprawdę polubić.
Jednego po filmie nie oczekujcie. Jego język nigdy nie będzie tak dobry jak książki ('We spent the trip bopping like bunnies').
W sacherowej skali 4/5.