wtorek, 22 września 2009

Coco Chanel

Czas na małe nadrabianie zaległości.. Na Coco Chanel wybrałem się.. jeszcze w lipcu. Recenzji jakoś nie było kiedy napisać, ale że staram się odnotowywać każdy film który dane mi było oglądać warto odnotować i ten.

O samym filmie nie mam za wiele do powiedzenia. Jedyne co szczególnie rzuciło mi się w oczy to jak zwykle beznadziejne tłumaczenie tytułu. Dlaczego film który w oryginale nazywa się Coco avant Chanel, po angielsku Coco before Chanel, po polsku został nazwany Coco Chanel? Przecież zgodnie z oryginalnym tytułem opowiada historię Coco zanim stała się słynną projektantką. Ciekawe jak przez naszych 'specjalistów' nazwana zostałaby 'druga część' filmu opowiadająca o drugiej połowie życia projektantki? Sugeruję Coco w trakcie Chanel.

Sam film mnie nie zachwycił. Opowieść o tym jak Coco stała się Chanel jest dość ciekawa ale nie zachwyca. Podobnie określić mogę grę aktorską Audrey Tautou - również jest ciekawa ale nie zachwyca. I tak w zasadzie tyle. Bo naprawdę prócz kontrowersji związanych z tytułem nic więcej z filmu nie zapamiętałem.

Przeciętniak - 3/5

Bękarty wojny

Za recenzję tego filmu mogą wystarczyć cztery słowa: 'nowy film Quentina Tarantino'. Bękarty wojny to typowe kino-tarantino: niesztampowe podejście do tematu, bogaty kontekst kulturalny, dużo brutalności i... no właśnie jednej rzeczy mi w filmie zabrakło, ale o tym za chwilę.

Na Bękarty wojny planowałem się wybrać już od jakiegoś czasu. Co prawda nigdy nie zachwycałem się dziełami Tarantino (tak jestem jedną z tych wypaczonych osób które nie pokochały Pulp Fiction) ale mam świadomość, że jego filmy kształtują kino. Tak było, jest i będzie. Jako że nic na to nie poradzę, najnowszego filmu reżysera tego formatu nie można przegapić. Jak napisałem powyżej, w Bękartach już na pierwszy rzut oka widać dzieło Tarantino - pomysł nakręcenia spaghetti-westernu (w konwencję wdrażają widza już pierwsze ujęcia) w realiach II Wojny Światowej, w którym komando amerykańsko-żydowskie kopie tyłki nazistom mógł wyjść tylko od jednego reżysera. Fabuły opowiadać nie będę, powiem za to jedno - film trwa dwie i pół godziny ale nie nudzi się ani przez minutę, wyważenie akcji jak zwykle znakomite. Na plus filmowi można również zaliczyć znakomitą rolę Brada Pitta - idealnie wpisuje się w swoją postać przywódcy komanda. I powala akcentem co wiąże się z jedną niezapomnianą sceną..

A czego mi w filmie zabrakło? Jednego ze składników geniuszu Quentina Tarantino, moim zdaniem najbardziej istotnego - muzyki. Muzyka w filmie nie jest niezapomnianą ścieżką dźwiękową z Pulp Fiction (nieodzowna płyta na każdej imprezie w moich licealnych czasach), nie jest nawet bardzo dobrą kompilacją kawałków z Kill Billa. Nie przyciąga uwagi, nie wpada w ucho. Jest po prostu mierna.

I to właśnie przez muzykę, na której tak się zawiodłem, nie mogę postawić temu w gruncie rzeczy znakomitemu filmowi oceny większej niż...

3.5/5