Na Bękarty wojny planowałem się wybrać już od jakiegoś czasu. Co prawda nigdy nie zachwycałem się dziełami Tarantino (tak jestem jedną z tych wypaczonych osób które nie pokochały Pulp Fiction) ale mam świadomość, że jego filmy kształtują kino. Tak było, jest i będzie. Jako że nic na to nie poradzę, najnowszego filmu reżysera tego formatu nie można przegapić. Jak napisałem powyżej, w Bękartach już na pierwszy rzut oka widać dzieło Tarantino - pomysł nakręcenia spaghetti-westernu (w konwencję wdrażają widza już pierwsze ujęcia) w realiach II Wojny Światowej, w którym komando amerykańsko-żydowskie kopie tyłki nazistom mógł wyjść tylko od jednego reżysera. Fabuły opowiadać nie będę, powiem za to jedno - film trwa dwie i pół godziny ale nie nudzi się ani przez minutę, wyważenie akcji jak zwykle znakomite. Na plus filmowi można również zaliczyć znakomitą rolę Brada Pitta - idealnie wpisuje się w swoją postać przywódcy komanda. I powala akcentem co wiąże się z jedną niezapomnianą sceną..A czego mi w filmie zabrakło? Jednego ze składników geniuszu Quentina Tarantino, moim zdaniem najbardziej istotnego - muzyki. Muzyka w filmie nie jest niezapomnianą ścieżką dźwiękową z Pulp Fiction (nieodzowna płyta na każdej imprezie w moich licealnych czasach), nie jest nawet bardzo dobrą kompilacją kawałków z Kill Billa. Nie przyciąga uwagi, nie wpada w ucho. Jest po prostu mierna.
I to właśnie przez muzykę, na której tak się zawiodłem, nie mogę postawić temu w gruncie rzeczy znakomitemu filmowi oceny większej niż...
3.5/5
obrażam się na ciebie za to 3,5, pies trącał muzykę, ja się w ciągu ostatnich paru lat żadnym filmem tak nie podekscytowałam jak bękartami.
OdpowiedzUsuńnikt tak nie kocha kina jak tarantino.
a imprezy z pulp fiction, tak tak tak:)
i wiem, że mam opóźnioną reakcję na wpis.