poniedziałek, 9 maja 2011

Tożsamość (Unknown)

Doktor Martin Harris (Liam Neeson) przybywa wraz z żoną do Berlina by wziąć udział w konferencji biotechnologiczniej. Przed hotelem okazuje się że zaginęła część jego bagażu, zostawiwszy żonę w hotelu udaje się taksówką na lotnisko by go odzyskać. Nie dociera jednakże na miejsce - po drodze taksówka ulega wypadkowi a doktor zapada w śpiączkę na kilka dni.

Gdy się budzi, wokół niego zaczynają dziać się dziwne rzeczy - żona go nie poznaje, jego miejsce zajmuje mężczyzna podający się Martina Harrisa, a on sam zdaje się być śledzony przez tajemniczych osobników w czarnym wozie.

Fabuła 'Tożsamości' jest naprawdę mocną stroną filmu. Nic nie jest tym czym się wydaje, zwroty akcji są częste, i nawet pod sam koniec, gdy wydaje się że wszystko już jest jasne... nie zabrakło miejsca na jeszcze jeden zwrot akcji.

Co do reszty rzeczy składających się na dobry film:
  • Gra aktorów - lubię Liam'a Neeson'a ale w tym filmie jego gra mnie nie powaliła na kolana - nie oznacza to że była zła, najlepsze określenie to 'dobra' (a nie wybitna).
  • Zdjęcia - Berlin zimą wygląda ciekawie ale też próżno tu szukać rewelacji. Ot - po prostu dobre zdjęcia.
  • Muzyka -również nic wybitnego, złego również - po prostu dobre tło muzyczne dla filmu.
To że nie wychwalam reszty składników filmu nie oznacza że nie warto go zobaczyć - nie jest to film rewolucyjny, nie jest olśniewający - to jest po prostu kawał dobrego filmowego rzemiosła.

Ocena 4/5.

środa, 27 października 2010

Rzeka bogów

"Rzeka bogów" Ian'a McDonalda jest jedną z najlepszych książek science-fiction jaką udało mi się w ostatnim czasie przeczytać. Od czasu wielkich takich jak Asimov czy Dick, niewielu autorów potrafiło w tak znakomity sposób zaplatać wizje przyszłości. Mi do głowy przychodzą jedynie dwa nazwiska: Gibson i Stephenson - tak, "Rzeka bogów" jest powieścią tego formatu.

Opowiada ona o splatających się wokół Gangesu losach: detektywa tropiącego sztuczne inteligencje, neutka (bezpłciowca - dzieła inżynierii biologicznej), amerykańskiego naukowca, gangstera... i wielu innych osób. Losach które wytyczają swoją drogę w świecie zmian klimatycznych, super potężnych komputerów, zaawansowanej inżynierii genetycznej. Świecie pełnym magii a zarazem bardzo podobnym do dzisiejszego.

Jedyne co mogę zarzucić temu kawałowi dobrej literatury to, to że kończy się w sposób, moim zdaniem stanowczo zbyt pompatyczny. Zakończenia tej miary (nie będę zdradzał szczegółów) są dobre dla hollywoodzkich filmów, a książki, książkom lepiej gdy pozostawiają więcej dla wyobraźni.

Podsumowując - wybitne 4.5/5.

środa, 25 sierpnia 2010

Kick-ass

Podchodząc do tego filmu nie spodziewałem się by był: 'olśniewający' czy 'błyskotliwy', liczyłem jedynie że będzie 'obłędnie zabawny'. W końcu już sam pomysł wydawał się niezły - superbohater bez supermocy, bez supergadżetów, superbohater w naszym dość mało komiksowym świecie. Muszę przyznać, że taka wariacja na temat licznych postkomiksowych filmów (wszelkie batmany, x-many, hellboy'e) mocno mnie zaintrygowała (choć, po prawdzie i ten film powstał na podstawie komiksu).

Ale niestety, cóż z tego że pomysł niezły, jak z realizacją krucho. Choć, w sumie mogłem się tego spodziewać, ostatnimi czasy każdy film do którego rękę przyłoży Nicolas Cage okazuje się koszmarnie marny. Co zawiodło tym razem? Brak targetu. Twórcy chyba nie za bardzo wiedzieli kto będzie odbiorcą tego filmu. Z jednej strony film epatuje przemocą do tego stopnia, że w wielu krajach zakwalifikował się do kategorii wiekowej 15+, z drugiej... te nieszczęsne wstawki z życia biednego, pozbawionego dymania, nastolatka... kategoria tak na oko 16-, bo na pewno nie osoby dorosłe. Jak widać, target filmu nie jest zbyt szeroki.

Podsumowując, jakby wyciąć wszelkie 'nastolatkowe' wstawki i zostawić godzinę filmu byłaby to całkiem ciekawa komedia prześmiewająca kinowe interpretacje komiksów, a tak niestety... są to prawie dwie godziny nie wiadomo czego z kilkoma dobrymi scenami.

1/5

czwartek, 19 sierpnia 2010

Inception

Można ten film lubić lub nie, jednakże jednego nie można zaprzeczyć - jest on powiewem świeżości w skostniałym świecie dzisiejszego kina. Ponoć scenariusz Incepcji tak poruszył producentów, że zamiast odcinać kupony z czwartej części trylogii Piratów z Karaibów, czy kolejnego Batmana, zainwestowali w dość ryzykowne przedsięwzięcie. I to się niewątpliwie panom z Warner Bros chwali.

A co można powiedzieć o samym filmie? O fabule nie można powiedzieć nic złego - mamy tu unikalny przykład filmu szkatułkowego, obrazowej wersji powieści szkatułkowej gdzie opowieść zamyka się w opowieści, która zamyka się w opowieści, która.. I co, moim zdaniem, najlepsze w tym filmie, tak naprawdę do końca nie wiadomo gdzie się ten łańcuch kończy - w czym jawa różni się od snu.

Co do całej reszty.. Dobrze to może podsumować poniższy cytat z basha:
ostatnio byłem na Incepcji...
pierwsza scena: DiCaprio leży na plaży wyrzucony przez morze
i jakiś facet przede mną rzucił teks do osoby obok: "Patrz... jednak się uratował z Titanika.."
Niestety sposób realizacji tej znakomitej fabuły... przypomina Titanica. Niby wciąż się coś dzieje, wybucha, z jednego snu przenosimy się do następnego, ale... ale całość nuży. I nie za bardzo wiadomo do czego prowadzi.Za pomysł dałbym pełnię punktów, ale to jak został zrealizowany - choć zdaje się, że Incepcji nic nie brakuje.. to jednak po filmie ani przez moment nie miałem uczucia oderwania od rzeczywistości takiego jak na Matrixie, Avatarze, czy... Chicago. I dlatego finalnie:

4/5

PS. Trailer Incepcji to swoiste dzieło sztuki - idealnie maskuje największą wadę filmu - brak dynamiki.


poniedziałek, 26 lipca 2010

Pink Martini w Warszawie 20.07

Kto nie był niech żałuje. Pink Marini po trzech latach znów odwiedziło Warszawę. Przybyli do Sali Kongresowej prezentować swoją nową płytę: Splendor In The Grass. Nie ukrywam, ceny biletów mogły odstraszyć - nawet najtańsze: balkon i kanapki przekraczały 100zł. Ale dla takiego koncertu.. o tym za chwilę.



Dla nie będących w temacie - Pink Martini jest zespołem, który ciężko sklasyfikować, grają jazz, salsę, sambę.. sięgają zarówno po wspomnianą już muzykę latynoską, jak i po europejską muzykę kawiarnianą, czy rytmy tureckie bądź chorwackie. Mieszanka przez nich tworzona jest niesamowita, klimaty nostalgiczne w jednej chwili rozgramiają burzliwą sambą brazylijską, by po chwili sięgnąć do jazzwych improwizacji.

I taki był też warszawski koncert. W jednej chwili żywiołowy, w następnej spokojny, delikatny. Lecz zawsze... pełen braw. Publiczność bawiła się znakomicie (cześć wręcz rwała się do tańca), o co zadbali sami artyści utrzymując z nami ciągły kontakt. Ba! Nie przeoczyli nawet roku chopinowskiego i uraczyli nas mazurkiem odegranym na fortepianie przez Thomasa. Co zagrali, a czego mi brakowało? Pojawiło się sporo kawałków z nowej płyty: znakomita para utworów które dołączyłem do posta: 'And Then You're Gone' wraz z 'But now I'm back', była również śmieszna 'Tuca Tuca' podczas której Thomas tańczył z Chiną i nostalgiczne 'Over the Valley', z klasyków zagrali 'Amado Mio' jak i 'Je Ne Veux Pas Travailler', nie obeszło się również bez jazzowej improwizacji z solówkami większości z szerokiego składu zespołu. A czego mi zabrakło? Boskiej 'Lilly', piosenki dzięki której tak naprawdę pokochałem ten zespół.

Wracając do mojej pierwszej myśli. Ceny biletów były wysokie, ale dla takiego koncertu... warto było wydać każdą sumę.

Niezaprzeczalne 5/5.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Taking Woodstock (film)

Nie, to nie pomyłka, drugi raz w tym samym miesiącu piszę o 'Taking Woodstock'. Wpierw na tapecie była książka, teraz wkracza na nią film powstały na jej podstawie. W Polsce film ten pojawił się jakiś czas temu jako film niszowy (wizytował jedynie w kinach 'ambitnych' - pokroju Muranowa) - jak się okazuje już niemal od początku filmu, nie jest to do końca jest prawdą - co prawda główni aktorzy (Demetri Martin jako Eliot Tiber) byli dla mnie zagadką, ale już wśród aktorów drugoplanowych pojawiały się znane i lubiane twarze - Liev Schreiber jako Vetty von Vilma czy Eugene Levy jako Max Yasgur.

No to obsadę już mamy za sobą, co zatem dobrego mogę powiedzieć o samym filmie. Otóż nic. Film jest tragiczny, dwie godziny nie prowadzącej donikąd, wszechogarniającej, nudy. Przeczytawszy książkę miałem nadzieję, że film choć po części odda ducha Festiwalu. Niestety.. muzyki z Festiwalu w filmie prawie nie ma, atmosfery magii, pokoju i radości, tak dobrze oddanej w książce, również nie doświadczysz. Jako przykład różnic pomiędzy oboma 'mediami' przekazującymi, ponoć, tą samą treść podam przykład osoby Michaela Langa -w książce przedstawiony jako charyzmatyczny wizjoner i przywódca, w filmie staje się lekko przyćpanym, żądnym kasy biznesmenem ubranym w dziwne ciuchy. I tak jest z całym festiwalem - tam gdzie w książce była magia, w filmie jest bród, gdzie, czytając, czułem pozytywne emocje, tam oglądając odczuwałem jedynie znudzenie.

Rozumiem, że sam festiwal nie był pozbawiony wad - w tłumie zginęły dwie osoby, pogoda nie dopisała - wszędzie było pełno błota i brudu (hipisi mieli specyficzne podejście do higieny), ale ten film to nie miał być dokument, a odwzorowanie książki. Książki, w której autor sam zaznacza, że jest to jego wyidealizowana wizja Festiwalu, wizja, w której Festiwal jest pozbawiony wad, staje się ikoną nowego, wyzwolonego stylu życia. Ta afirmacja Festiwalu może nie przekazuje prawdy ale... ale czy jest nam ona niezbędna? Ja od prawdy wolę marzenia o tym, jak wspaniale by było jakbym urodził się 30 lat wcześniej, w innej części świata i mógł brać udział w tym wspaniałym wydarzeniu.

Ocena 0/5.

Jeśli ktoś czytał książkę - nie oglądać pod żadnym pozorem. Jeśli ktoś widział film - nie zrażaj się - przeczytaj książkę, jest o niebo lepsza.

czwartek, 15 lipca 2010

Green Zone

Dziś słów kilka o filmie Green Zone z Mattem Damon'em. Podchodząc do tego filmu spodziewałem się czegoś całkiem niezłego (mając w pamięci znakomitą serię Bourne'ów). Matt Damon może nie jest rewelacyjnym aktorem, ale wyrobił sobie taką pozycję w Hollywood'zkim światku, że jak już kogoś stać by go filmie obsadzić... to stać go też z reguły żeby nakręcić niezły film.

Green Zone opowiada o wojnie w Iraku, a dokładniej o pierwszych jej miesiącach, kiedy to Amerykanie usilnie poszukiwali śladów Broni Masowego Rażenia - oficjalnego powodu rozpętania wojny. Matt Damon gra Roy'a Millera'a, oficera amerykańskiej armii, dowódcy zespołu MED zajmującego się poszukiwaniami broni. Poszukiwaniami, które nie przynoszą żadnych efektów, co Roy'a wyraźnie irytuje. Podczas jednego z wypadów poszukiwawczych (znakomita, moim zdaniem scena 'czemu tu kopiecie'), otrzymuje od lokalnego informatora namiar na budynek, w którym iracki generał Al-Rawi, jeden z najbardziej poszukiwanych popleczników Saddama, spotyka się ze swoimi ludźmi...

Morał filmu jest następujący: amerykanie rozpętali wojnę o ropę a nie o Broń Masowego Rażenia. Co gorsza stosowana przez nich taktyka ostrego odcięcia się od starej, posaddamowskiej, administracji spowodowała że kraj pogrążył się w chaosie przez długie lata... Nic nowego prawda? A przedstawiona jest jak wielkie odkrycie... I to mnie tak naprawdę najbardziej w tym filmie boli - te 'odkrycia' mogą być nowością tylko chyba tylko dla amerykanów.

Podsumowując - przeciętniak: 3/5.