Film ów opowiada historię końca świata który znamy. Rok 2012 jest bowiem jedną z tych dat w naszym zachodnim kalendarzu które są dobrze znane ludziom lubującym się w paranauce. Na tym roku bowiem kończy się kalendarz Majów - ma w tym roku nastąpić specyficzny układ planet przewidziany przez Nostradamusa i świat ma tego dnia wziąć w łeb. Oczywiście mniejsza o to że takie układy planet występowały wielokrotnie przez ostatnie 200lat i że postrzeganie świata przez Majów ma charakter cykliczny. W każdym razie w filmowej rzeczywistości świat kończy się w roku 2012 poprzez rozchwianie struktury geologicznej ziemi, przebiegunowanie i powodowane nimi trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów i potopy. Na tle tych wydarzeń główny bohater wraz z rodziną próbuje się dostać do Ark budowanych przez rządy najpotężniejszych krajów świata w wysokich Himalajach.Cóż, ten film można określić trzema słowami. Nudny, nudny, nudny. Trwa niesamowicie długo i jeszcze do tego dłuży się straszliwie. Efekty specjalne nie powalają, dzielą się na dwa typy: w pierwszej części filmu wszystko się rozpada w dużej ilości dymu (co by zbyt dużo szczegółów nie było widać), w drugiej widzimy co chwila idącą 'wielką falę'. Nic specjalnego, wolałem 'efekt zmrożenia' z Pojutrza. Oczywiście nie wspomnę nawet o głupocie filmu - no ale rozumiem że nie można było zrobić zbyt realnego końca świata bo jeszcze ktoś by się nim przejął, przygotował na niego i po roku 2012 zaskarżył twórców filmu...
1/5
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz