poniedziałek, 26 lipca 2010

Pink Martini w Warszawie 20.07

Kto nie był niech żałuje. Pink Marini po trzech latach znów odwiedziło Warszawę. Przybyli do Sali Kongresowej prezentować swoją nową płytę: Splendor In The Grass. Nie ukrywam, ceny biletów mogły odstraszyć - nawet najtańsze: balkon i kanapki przekraczały 100zł. Ale dla takiego koncertu.. o tym za chwilę.



Dla nie będących w temacie - Pink Martini jest zespołem, który ciężko sklasyfikować, grają jazz, salsę, sambę.. sięgają zarówno po wspomnianą już muzykę latynoską, jak i po europejską muzykę kawiarnianą, czy rytmy tureckie bądź chorwackie. Mieszanka przez nich tworzona jest niesamowita, klimaty nostalgiczne w jednej chwili rozgramiają burzliwą sambą brazylijską, by po chwili sięgnąć do jazzwych improwizacji.

I taki był też warszawski koncert. W jednej chwili żywiołowy, w następnej spokojny, delikatny. Lecz zawsze... pełen braw. Publiczność bawiła się znakomicie (cześć wręcz rwała się do tańca), o co zadbali sami artyści utrzymując z nami ciągły kontakt. Ba! Nie przeoczyli nawet roku chopinowskiego i uraczyli nas mazurkiem odegranym na fortepianie przez Thomasa. Co zagrali, a czego mi brakowało? Pojawiło się sporo kawałków z nowej płyty: znakomita para utworów które dołączyłem do posta: 'And Then You're Gone' wraz z 'But now I'm back', była również śmieszna 'Tuca Tuca' podczas której Thomas tańczył z Chiną i nostalgiczne 'Over the Valley', z klasyków zagrali 'Amado Mio' jak i 'Je Ne Veux Pas Travailler', nie obeszło się również bez jazzowej improwizacji z solówkami większości z szerokiego składu zespołu. A czego mi zabrakło? Boskiej 'Lilly', piosenki dzięki której tak naprawdę pokochałem ten zespół.

Wracając do mojej pierwszej myśli. Ceny biletów były wysokie, ale dla takiego koncertu... warto było wydać każdą sumę.

Niezaprzeczalne 5/5.

1 komentarz: