W piękny sobotni wieczór osiemnastego kwietnia wybraliśmy się ekipą zwartą i gotową na koncert szantowy jednego z naszych ulubionych zespołów - Mordewindu. Koncert odbywał się w klubie Przechyły o lokalizacji tak tajemniczej że gdyby nie to że w ekipie byli śmiałkowie którzy go już kiedyś odwiedzili... pewnie byśmy tam nie trafili. W związku z specyficznym systemem rezerwacji (darmowe do godziny 19tej) do klubu zawitaliśmy dość wcześnie. I zaczeliśmy się raczyć piwem Calsberg które bynajmniej jak Calsberg nie smakowało (a w Przechyłach prócz Calsberga uświadczycie jedynie piwo 'Przechyły' własnej prodyukcji).
Koncert miał rozpocząć się o 21ej, rozpoczął o piętnaście minut później, co jak na standardy Mordewindu jest całkiem niezłym czasem (dawno, dawno temu, w Gnieździe Piratów, zdążyliśmy wyjść zanim koncert się na dobre rozpoczął). Szanty zagrali różnorakie, od klasyki gatunku, po genialne utwory własnego autorstwa, które jeśli nie współtworzą już klasyki to na pewno do kanonu wejdą - jak 'Burza' czy 'Ave Virgo Maria'. Ponadto pojawiło się kilka utworów z nowej płyty.. które z kolei nie przypadły mi do gustu. Nie oznacza to że są złe. Są to kawały naprawdę dobrego rocka.. właśnie 'rocka' a ja przyszedłem szant posłuchać. Także prócz nowości, dobór utworów znakomity - ale czego innego można się po Mordewindzie spodziewać.
Inną sprawą jest jak koncert zagrali. Choć trudno mi to mówić bo zespół lubię - zagrali jak zwykle. Czyli nie najlepiej. I ni chodzi tu o technikę, tej moje pijane ucho nie ma nic do zarzucenia. W tym co grali brakowało.. przekonania. Długie przerwy pomiędzy fragmentami koncerty, piosenki grane jakoś tak od niechcenia. Chałtura jednym słowem.
Tylko dlatego tak niska ocena: 3/5.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz