niedziela, 28 czerwca 2009

World Press Photo '09

Tegoroczna edycja wystawy World Press Photo została umieszczona w niestandardowym miejscu - zamiast w Pałacu Kultury i Nauki zdjęcia są prezentowane w Złotych Tarasach.

Fotografia nagrodzonych zdjęć prezentuje jak zwykle najwyższy światowy poziom. Niektóre rozśmieszają - jak zdjęcia skoczków wodnych z ostatniej olimpiady (zdjęcia zrobiono w trakcie lotu, wyrazy twarzy skaczących są niesamowite). Inne intrygują jak zdjęcie Baracka Obamy przemawiającego do młodzieży z drewnianych skrzynek czy zdjęcie kropli krwi na trzymającej teczkę dłoni protestującego w Grecji. Jeszcze inne przerażają - zdjęcie martwego dziecka na ulicy Recife czy rozkłądające się zwłoki topielca z powodzi w Birmie.

Czy centrum handlowe to dobre miejsce na ambitną fotografię? Nie jestem przekonany. Radosna muzyka zachęcająca do zakupów, kolorowe szyldy, zalatani ludzie, wszystko to nijak nie współgra z tematami prezentowanymi na zdjęciach. Fotografia prasowa to nie zdjęcia z katalogu mody, to życie często w najgorszych swych przejawach - biedzie i brutalności. Poza tym... Cóż podczas naszej wycieczki i my z Małą ulegliśmy wszechobecnym przecenom - patrząc po cenach zakupionych towarów - ta wystawa była na pewno najdroższą na jakiej byliśmy.

Za zdjęcia byłoby pięć na pięć, ale lokalizacja mierzi - dlatego jedynie 3.5/5.

PS. Zdjęcie w notce to zdobywca nagrody głównej fot. Anthony Suau, USA

Zack i Miri kręcą porno

Zack i Miri kręcą porno zdobył w moim prywatnym rankingu pierwszą nagrodę. W kategorii najgłupszy film roku. Nie ukrywam że spodziewałem się czegoś innego w momencie gdy zaczynałem oglądać. Komedii w stylu 'chciałabym ale się wstydzę'. Reżyser wyprowadził mnie z błędu już w pierwszej scenie. Toaletowej scenie.

Tak, ten film jest jednym z przykładów fekalnego kina amerykańskiego. Coś w stylu 40-letni prawiczek czyli gagi o kupie, sceny z robieniem na twarz i takie tam. Ale muszę przyznać że o ile z na prawiczku wytrzymaliśmy z Małą jakieś pierwsze pięć minut to Zack i Miri kręcą porno przyciągnęło naszą uwagę na dłużej - bo aż do samego końca. Nie wiem co przyciągało do niego Małą ale ja osobiście trwałem twardo przed ekranem żeby się dowiedzieć na jaki durny pomysł jeszcze w tym filmie wpadną. A pomysłów było sporo.

Film beznadziejny ale przyznam jeden punkt, za bezdenną głupotę - 1/5.

czwartek, 25 czerwca 2009

Stan gry

Nie będę się zgłębiał w szczegóły - Stan gry to kawał dobrego kina. Najlepszy thriller polityczny od wielkich lat siedemdziesiątych amerykańskiego kina. Może ktoś uzna to za bałwochwalstwo ale moim zdaniem można go spokojnie porównać do takich wielkich dzieł jak Trzy dni Kondora czy Wszyscy ludzie prezydenta, a lepiej to już chyba być nie może, prawda?

Fabuła, w dużym skrócie, opiera się o kryzys obyczajowy który dotknął ambitnego młodego kongresmena Stephena Collinsa (bardzo dobry Ben Affleck) - pod kołami metra ginie jego kochanka, uczuć do której nie jest w stanie ukryć na posiedzeniu komisji śledczej której przewodzi. Zrozpaczony wybiera się do swojego jedynego przyjaciela, dziennikarza, Cala McAffrey'a (w tej roli znakomity Russel Crowe), osobistości tyle wybitnej co ekscentrycznej. Cal w samobójstwie kochanki, dopatruje się drugiego dna... A jak okazuje w toku dziennikarskiego śledztwa, sprawa zawiera również dno i trzecie i czwarte...

Film oprócz trzymającej w napięciu akcji i znakomitej gry aktorskiej, porusza kilka ważnych tematów jak granice etyki dziennikarskiej, czy co jest ważniejsze - przyjaźń czy prawda. I robi to, co w ostatnich czasach rzadkość, w bardzo naturalny sposób.

Dla mnie 5/5.

środa, 24 czerwca 2009

Narzeczony mimo woli

O Narzeczonym mimo woli słyszałem że jest to wielki powrót Sandry Bullock. I rzeczywiście, przez ładne kilka lat nie było nam dane oglądać filmów z tą aktorką. A jej występy w dziełach takich jak Miasto gniewu czy System przypominają że mimo ról w stylu Miss Agent potrafi ona dobrze zagrać.

I rzeczywiście gra znakomicie. W Narzeczonym mimo woli wciela się w Margaret Tate, redaktor, businesswomen i jak się dowiadujemy na początku filmu 'niezłej suki' (może jest taka wredna bo pochodzi z Kanady?). Tygrysica biznesu popada jednakże w nie lada kłopoty - zaniedbuje papierkologię i dopuszcza do tego że wygasa jej wiza, co doprowadza do tego że zostanie deportowana chyba że... szybko wyjdzie za mąż za obywatela amerykańskiego pochodzenia. A taki trafia się szybko w postaci jej zdominowanego asystenta Andrew.

Większość humoru bazuje to na odwróceniu ról - to pani Tate jest tą bardziej męską, i bardziej zapracowaną - co jej 'narzeczonemu' niekoniecznie pasuje. Oczywiście w filmie jest również pełno innych gagów (a większość z nich ma na imię Ramone).

Całość okazuje się naprawdę dobrą komedią romantyczną - 4/5.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Błazen wkracza na scenę

Błazen wkracza na scenę to kolejny tom przygód postszekspirowskiego błazna Feste, czyli kolejna część cyklu Gildia błaznów autorstwa Alana Gordona. W powieści tej autor całkowicie odcina się od Nocy trzech króli na której bazował poprzedni tom cyklu. Wspólnym mianownikiem pozostaje jedynie postać głownego bohatera i... i osoba której tożsamości, ani roli, zdradzać nie będę.

Znów wkraczamy do 'ciekawych czasów' jakimi dla Europy był niewątpliwie trzynasty wiek. Tym razem jednakże z śródziemnomorskiego księstwa Orsyno, przenosimy się do jedej z największych światowych metropolii tego okresu - Konstantynopola. Tam bowiem ma udać się Feste w celu wyjaśnienia tajemniczych zaginięć bizantyjskich błaznów.

Druga część cyklu napisana jest nader sprawnie - udało mi się ją przeczytać, jak wskazują daty postów, w niewiele ponad dwa dni (koniec lektury przypadł na dzisiejszy poranek). Fabuła nie pozwala się oderwać, pojawiające się w powieści przykłady błazeńskich występów rozśmieszają, a opisy piękna Konstantynopola oszałamiają. Naprawdę dobrze napisana (i przetłumaczona) książka.

Poziom cyklu nie spadł po pierwszej części - chętnie sięgnę po następną - 4/5.

piątek, 19 czerwca 2009

Trzynasta noc

Po słabych doświadczeniach z powieściami mającymi trzynastkę w tytule, miałem pewne obawy przed czytaniem tej książki. Jak się szybko okazało obawy te nie były słuszne. Trzynasta noc Alana Gordona jest bowiem powieścią naprawdę dobrą.

Książka jest debiutem literackim autora i zarazem pierwszą częścią cyklu Gildia Błaznów, który jak się można łatwo domyślić traktuje o błaznach. Błaznach zjednoczonych pod szyldem cechu który z uśmiechem na wybielonych twarzach pociąga za sznurki w światowej polityce. A jest za co pociągać - w XIII wiecznej Europie dzieje się wiele - potęgi Rzymu, Wenecji i Saracenów walczą o władzę nie przebierając w środkach.

Nie pomny tego całego zamieszania, główny bohater, błazen Feste systematycznie zapija się w knajpach gdy przybywa do niego posłaniec z wiadomością że książę Orsyno nie żyje. W tych dwóch imionach kryje się jeszcze ciekawy akcent powieści - Trzynasta noc przywołuje do życia postacie z Wieczora Trzech Króli Williama Szekspira. Przywołuje i opowiada ich dzieje w bardzo prozaiczny sposób tak różny od stylu szekspirowskiego.

A całość okazuje się nader zgrabnym połączeniem książki historyczono-fantanstycznej z kryminałem. Ocena 4/5.

wtorek, 16 czerwca 2009

Ulice Babilonu

Ulice Babilonu Cariny Burman to kawał dobrej powieści kryminalnej. Przy czym szczególną uwagę należy zwrócić na słowo 'kryminalnej' bowiem powieść szwedzkiej pisarki jest kryminałem w starym 'przedchandlerowskim' stylu - stylu którego nie powstydziła by się Agata Christie. Mamy tu tajemnicze porwanie, morderstwa, dostojnych policjantów londyńskich, pełne dymu z kubańskich cygar kluby dżentelmenów oraz mroczne slumsy.

Rzecz dzieje się bowiem w Londynie w roku 1851, roku pierwszej Wystawy Światowej. Wielka Brytania jest światowym imperium, a wszystkie drogi (czy raczej szlaki morskie) zmierzają do Londynu. Drogami tymi podąża Euthanasia Bondeson, niemłoda pisarka o nieprzeciętnym temperamencie. Planuje zobaczyć, wraz ze swą młodą damą do towarzystwa, cuda Wystawy Światowej. Niestety podczas pobytu w Londynie owa młoda osoba zostaje porwana - Euthanasia wraz z walijskim inspektorem londyńskiej policji rusza jej na ratunek.

W książce tej ujął mnie styl prowadzenia akcji: skrupulatnie ukryta tajemnica jest po kawałeczku odkrywana przez główną bohaterkę. A że wspomniane kawałeczki trudno do siebie dopasować to niemal do samego końca powieść jest w stanie zaskoczyć. Nie czytałem wielu książek Agaty Christie, ale uważam że ta powieść może spokojnie im dorównać.

Moim zdaniem 4/5.

środa, 10 czerwca 2009

Trzynastka

Do Trzynastki przyciągnął mnie autor, a dokładnie nagroda którą zdobył - Richard Morgan jest laureatem nagrody imienia Philipa K. Dicka jednej z najbardziej przeze mnie poważanych nagród science-fiction. Jeszcze przed przeczytaniem dowiedziałem się o kolejnej nagrodzie która zwiększyła mój entuzjazm do tej książki - Trzynastka w 2008 roku zdobyła prestiżową nagrodę imienia Artura C Clarka (tej aż tak bardzo nie szanuję jak wspomnianej uprzednio ale zdobycie jej z reguły dobrze o książce świadczy). Do lektury podszedłem zatem ze sporym entuzjazmem.

Świat opisywany w dziele Richarda Morgana to nasza poczciwa Ziemia ale o sto lat starsza. Ludzkość poradziła sobie z większością dzisiejszych problemów - zlikwidowano strefy ubóstwa, uporano się z muzułmańskimi radykałami i terroryzmem. Dwudziesty drugi wiek rozpoczął się jako era podróży międzygwiezdnych i wspomaganej nanotechnologią kolonizacji Marsa. Oczywiście nie wszystko w tym świecie jest idealne - przez sto lat dzielące czas akcji od dnia dzisiejszego zdążyło się rozpaść imperium - Stany Zjednoczone podzieliły się na ultraliberalne wybrzeże i ultrakonserwatywne stany centralne. A co najważniejsze nad ludzkością ponurym cieniem kładą się rezultaty eksperymentów z ludzkim genomem przeprowadzanych w końcu poprzedniego wieku.

Rezultatem takich eksperymentów jest Carl, główny bohater powieści. Jest tytułową Trzynastką, ludzkim wariantem genetycznym, supersamcem stworzonym jako maszyna do zabijania. Zmagając się z rasizmem i nietolerancją pomaga agentowi korporacji kolonizującej Marsa - Sevgi Ertekin - rozwiązać zagadkę katastrofy jednego z statków marsjańskich.

A wszystko to, ciekawa wizja przyszłości, pełna wydarzeń fabuła... opisane jest w taki sposób że 'dzióbiąc' tą książkę kartka po kartce wcale nie chce się jej czytać dalej. Akcja stanowczo nie porywa, postacie są bardzo mało przekonujące (tytułowe trzynastki, w tym główny bohater, mają mentalność komiksowych superbohaterów). Naprawdę nie wiem jakim cudem przeczytałem tą książkę do końca. I co gorsza... nie mam pojęcia po co to zrobiłem bo zakończenie również ani trochę mnie nie zachwyciło.

1/5 więcej dać nie mogę.

wtorek, 9 czerwca 2009

Każdy chce być Włochem

Nie przepadam za oglądaniem filmów z sieci i już na pewno się tym nie chwalę, a na większość filmów które uznaję za interesujące chodzę do kina (mój portfel dziękuje firmie Orange za środy). W tym wypadku jednakże zrobię wyjątek - tak, ściągnąłem ten film z sieci - a to dlatego że rozdźwięk pomiędzy czasem polskiej premiery a światowej jest żenujący. Film wszedł do światowych kin na jesieni... 2007 roku. W polskich się jeszcze nie pokazał.

A film jest wart obejrzenia. Każdy chce być Włochem to kawał dobrej komedii dorównującej, moim zdaniem, takiemu hitowi jak Moje wielkie greckie wesele.

Rzecz dzieje się we włoskiej dzielnicy gdzieś w Nowym Jorku. Pełno małych, swojskich, i oczywiście włoskich butików, rodzinna atmosfera wraz z kłótniami przenoszonymi na ulice - mały, uroczy, włoski świat. W światku tym żyje Jake, nie Włoch, który ma poważny problem z dziewczyną, wystarczy że napiszę że wyszła ona za mąż i to bynajmniej nie za niego. W rozterkach sercowych starają się mu pomóc jego pracownicy i zarazem przyjaciele ze sklepu rybnego w którym pracuje - oczywiście Włosi. I to oni podpowiadają mu żeby stał się jednym z nich - no bo przecież Każdy chce być Włochem, prawda?

Dlaczego tak się zachwycam tą lekką komedyjką? Nie dla opisanej powyżej fabuły. Film jest znakomity z jednego powodu - przyjaciele głównego bohatera są tak dogłębnie 'włoscy', mają również tak 'włoskie' podejście do kobiet, że prowadzone przez nich dialogi powalają na kolana.

Kawał dobrego filmu, szkoda że nie wytrzymałem by zobaczyć go w kinie: 4.5/5.

niedziela, 7 czerwca 2009

Anioły i Demony

Nie wiem czemu poszedłem na ten film. Po bardzo słabym Kodzie Leonarda nie miałem co do niego daleko idących nadziei - z reguły sequele, a nie da się ukryć że jest to sequel (różnica względem książki - akcja filmu dzieje się po wydarzeniach opisanych w Kodzie) wychodzą blado przy pierwowzorze.

Tym razem sequel okazał się lepszy. Choć nie ukrywajmy niewiele trzeba żeby przebić pierwszą część przygód profesora Langdona. Film całkiem nieźle trzyma w napięciu, nie ma w nim dłużyzn, a wymądrzanie się profesora aż tak nie drażni.

Co nie zmienia faktu że wciąż jest to film co najwyżej przeciętny - marna gra aktorska - Hanks biegający cały czas z jedną miną, jego mdła towarzyszka, mało przekonujący kamerling. Akcja choć trzyma w napięciu to nie dość mocno, całość rozpływa się w oczekiwaniach na kolejne etapy odkrywania ścieżki oświecenia. No ale czego się spodziewać po ekranizacji książki odnośnie której moje odczucia są dokładnie takie same.

Film który można obejrzeć dla zabicia czasu, ale gwarantuję jedno - niewiele z niego zapamiętacie. 3/5.

środa, 3 czerwca 2009

Wojna polsko-ruska

Nie miałem najmniejszej ochoty wybierać się na ten film. Po lekturze dzieła Masłowskiej wiedziałem dwie rzeczy - że mam bardzo silną wolę skoro udało mi się przebrnąć przez cały ten śmietnik, oraz że żadnej książki tej autorki na pewno już nie przeczytam. Zdanie postanowiłem zmienić po obejrzeniu zapowiedzi z znakomitym kawałkiem w wykonaniu Borysa Szyc'a - 'no to to ja lubię, to ja rozumiem'.

I nie zawiodłem się. Wojna polsko-ruska to mimo paru wad znakomity film. Decyzja Xawerego Żuławkiego by stworzyć film w konwencji komiksowej, odrealniony, nierzeczywisty, była decyzją znakomitą. Wyciągnął z książki to co w niej najlepsze - szalone pomysły Masłowskiej, ta sama opowieść na srebrnym ekranie prezentuje się znacznie lepiej niż na papierze.

Nie bez znaczenia jest znakomita gra Borysa Szyca który wcielił się w główną rolę Silnego - półmózgiego, zaćpnego dresiarza. Jego niewyraźne dukanie, gra mieśniami zamiast twarzą, częste wyrażanie totalnego zdziwienia, moim zdaniem, powalają. Sceny takie jak wspomiane 'no to to ja lubię, to ja rozumiem' czy cały epizod w Polskim Burgerze pozostają w pamięci.

Co mi się w filmie nie podobało? Masłowska. Stanowczo jest w nim za dużo Masłowskiej. I nie chodzi mi o nastrój czy 'przesłanie' ale o to że autorka ksiażki bierze czynny udział fabule. I wychodzi jej to bardzo, bardzo marnie.

Podsumowując: znakomity, wyrazisty film, na który warto pójść choćby po to by samemu ocenić - 5/5.