czwartek, 25 czerwca 2009

Stan gry

Nie będę się zgłębiał w szczegóły - Stan gry to kawał dobrego kina. Najlepszy thriller polityczny od wielkich lat siedemdziesiątych amerykańskiego kina. Może ktoś uzna to za bałwochwalstwo ale moim zdaniem można go spokojnie porównać do takich wielkich dzieł jak Trzy dni Kondora czy Wszyscy ludzie prezydenta, a lepiej to już chyba być nie może, prawda?

Fabuła, w dużym skrócie, opiera się o kryzys obyczajowy który dotknął ambitnego młodego kongresmena Stephena Collinsa (bardzo dobry Ben Affleck) - pod kołami metra ginie jego kochanka, uczuć do której nie jest w stanie ukryć na posiedzeniu komisji śledczej której przewodzi. Zrozpaczony wybiera się do swojego jedynego przyjaciela, dziennikarza, Cala McAffrey'a (w tej roli znakomity Russel Crowe), osobistości tyle wybitnej co ekscentrycznej. Cal w samobójstwie kochanki, dopatruje się drugiego dna... A jak okazuje w toku dziennikarskiego śledztwa, sprawa zawiera również dno i trzecie i czwarte...

Film oprócz trzymającej w napięciu akcji i znakomitej gry aktorskiej, porusza kilka ważnych tematów jak granice etyki dziennikarskiej, czy co jest ważniejsze - przyjaźń czy prawda. I robi to, co w ostatnich czasach rzadkość, w bardzo naturalny sposób.

Dla mnie 5/5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz