poniedziałek, 21 grudnia 2009

Lesbian Vampire Killers

Lesbian Vampire Killers należy do nurtu komedii których nie znoszę. W amerykańskiej gałęzi gatunku fekalne dowcipy leją się szerokim strumieniem, do tego dochodzą również prostackie sprośności i totalnie absurdalna fabuła. Lesbian Vampire Killers obejrzałem jednak z przyjemnością, dlaczego? A dlatego że nie jest to amerykańska komedia - 'dzieło' to jest na wskroś brytyjskie.

I dzięki tej brytyjskości (uwielbiam ten angielski brzmiący jakby usta mówiącego były pełne kluch) film jest całkiem znośny (a niektórzy mogą nawet uznać go za niezły) - a genialna, moim zdaniem, jest scena gdy główni bohaterowie - James i Steve zastanawiają się w pubie co zrobić z wakacjami.

Niestety nim dalej w film tym gorzej. Wampirze Lesbijki są tak seksowne że aż obrzydliwe, a 'Penisi miecz' jakoś nie śmieszy. No ale cóż, do końca przetrwałem i narzekać nie będę - film to typowy średniaczek.

2.5/5

poniedziałek, 23 listopada 2009

2012

2012 miał tak szeroko zakrojoną kampanię reklamową że nie ma zapewne osoby która by o nim nie słyszała. Miał zmuszać do myślenia, porażać efektami, trzymać w napięciu... a wyszło? O tym za chwilę.

Film ów opowiada historię końca świata który znamy. Rok 2012 jest bowiem jedną z tych dat w naszym zachodnim kalendarzu które są dobrze znane ludziom lubującym się w paranauce. Na tym roku bowiem kończy się kalendarz Majów - ma w tym roku nastąpić specyficzny układ planet przewidziany przez Nostradamusa i świat ma tego dnia wziąć w łeb. Oczywiście mniejsza o to że takie układy planet występowały wielokrotnie przez ostatnie 200lat i że postrzeganie świata przez Majów ma charakter cykliczny. W każdym razie w filmowej rzeczywistości świat kończy się w roku 2012 poprzez rozchwianie struktury geologicznej ziemi, przebiegunowanie i powodowane nimi trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów i potopy. Na tle tych wydarzeń główny bohater wraz z rodziną próbuje się dostać do Ark budowanych przez rządy najpotężniejszych krajów świata w wysokich Himalajach.

Cóż, ten film można określić trzema słowami. Nudny, nudny, nudny. Trwa niesamowicie długo i jeszcze do tego dłuży się straszliwie. Efekty specjalne nie powalają, dzielą się na dwa typy: w pierwszej części filmu wszystko się rozpada w dużej ilości dymu (co by zbyt dużo szczegółów nie było widać), w drugiej widzimy co chwila idącą 'wielką falę'. Nic specjalnego, wolałem 'efekt zmrożenia' z Pojutrza. Oczywiście nie wspomnę nawet o głupocie filmu - no ale rozumiem że nie można było zrobić zbyt realnego końca świata bo jeszcze ktoś by się nim przejął, przygotował na niego i po roku 2012 zaskarżył twórców filmu...

1/5

wtorek, 17 listopada 2009

Paranormal Activity

Kolega cedroo tak napisał o tym filmie: hipnotyzująco przerażający. Paranormal Activity jest niskobudżetowym horrorem, przypominającym w założeniach Blair Witch Project - całość ma wyglądać jak amatorski reportaż nakręcony kamerą jedynie odrobinę bardziej profesjonalną od dostępnych w supermarkecie. Film traktuje o przeżyciach młodej pary Katie i Micah, Micah zafascynowany tym że w ich domu straszy postanawia nabyć kamerę (tą z której obraz będziemy oglądać) i spróbować 'złapać' ducha w obiektyw. Jako że nie należy wywoływać wilka z lasu próby uchwycenia 'paranormalnych aktywności', sprawiają że aktywności owe się nasilają...

Tyle jeśli chodzi o fabułę, a moja ocena? Cóż, nie mogę się Kolegą cedroo zgodzić. Ten film jest słaby, słaby do bólu. Możliwe że nie złapałem konwencji, nie próbowałem nawet uwierzyć że pokazywane nagranie jest prawdzie (a patrząc na sporą ilość komentarzy w sieci, mam wrażenie, że ludzie uwierzyli że nagranie jest prawdziwe). W każdym razie trzaskające drzwi czy powiewy podnoszące kołdrę mnie nie przerażały. Końcówka historii również nie ruszyła. Ani trochę, żadnego drżenia rąk, nawet nie podskoczyłem ani razu, co, mam na to świadka, przy horrorach zdarza mi się dość często. Przez cały film oczekiwałem że będzie strasznie... i się nie doczekałem.

Mam też wątpliwości co do realizacji filmu. Ja rozumiem niski budżet, ale o realizm można by było trochę bardziej zadbać. Gra aktorska była marna, wiem, to niby miało się dziać na 'żywo' i aktorzy mieli przypominać zwykłych zjadaczy chleba. Tak, ale mieli się też bać, a ich strach nie wychodził zbyt przekonująco. Co do scenerii filmu - dom w którym toczy się akcja jest również nienaturalny, wysterylizowany, zbyt czysty i poukładany - jakby został wynajęty i miał być oddany w stanie nienaruszonym. Nie przekonuje. Z resztą jak cały film.

1/5

Jeden punkt za pana medium i jego świetny tekst o 'obowiązkach zawodowych' - przekomiczna sprawa.

czwartek, 12 listopada 2009

Dark Country

Dark Country to debiutancki thriller Thomasa Jane'a (jako reżysera). Ten, na oko niskobudżetowy film opowiada historię pary - Dick'a i Giny którzy po szalonym ślubie w kapliczce w Las Vegas przemierzają pustynię by zacząć nowe życie. Gdy podczas podróży zachodzi słońce, nie przypuszczają że ta noc w drodze sprawi że nic już nie będzie takie jak wcześniej. A wszystko rozpoczyna się w chwili gdy omal nie przejeżdżają mężczyzny poszkodowanego w wypadku drogowym.

Film ten zaciekawił mnie swoją stylistyką, nasi bohaterowie poruszają się przez pustynię w swoistym międzyczasie - jadą starym amerykańskim samochodem, mieszkają w zakurzonym, nieremontowanym motelu, nawet uczesanie Dick'a wygląda jakby wyjęte z żurnala z lat 60'tych. Mimo tej stylizacji korzystają z telefonów komórkowych i kamer wideo. Ciekawa w tym filmie jest również praca kamery i sposób komponowania ujęć - wszystko jak żywe przypomina Lynch'ową Zagubioną Autostradę. Niestety to co rozczarowuje to fabuła, cóż, z Zagubioną Autostradą raczej nie może się równać. W jednej trzeciej filmu widz zaczyna się domyślać rozwiązania i jedyne co go powstrzymuje to nadzieja że nie jest ono takie banalne jak przypuszcza, nadzieja nagrodzona niestety tylko połowicznie.

Ciężko mi ten film ocenić, bo z jednej strony całkiem mi się spodobał, z drugiej... no cóż papugowanie po Lynchu i miałka fabuła nie powinny być nagradzane wysoką oceną.

Zatem 3.5/5 - trochę powyżej przeciętnej.

Zombieland

Zobieland to kolejna, po niechlubnym Piątku 13-tego, wyprawa na tereny wcześniej przeze mnie nie eksplorowane. Bo możecie w to wierzyć lub nie ale nigdy nie oglądałem kina 'zombie'. Nic, ani Nocy żywych trupów, ani Resident Evil, ani nawet 28 dni później. Nauczony wszakże przykładem Piątku postanowiłem nie zabierać się od razu za 'klasykę' gatunku ale zacząć od czegoś lżejszego - to komedii w zadanym temacie.

Bo Zobieland jest zombie-komedią. W świecie gdzie wszyscy zamienili się w bezmózgich kanibali (za sprawą wirusa z 'skażonego kotleta'), można przeżyć jedynie mając Zasady. Przez duże Z. Zasady ma główny bohater, Columbus, który w wyniku różnych zbiegów okoliczności spotyka innego ocalałego - Tallahassee który zasadę posiada jedną. Wyciąć tak wiele 'żywych trupów' jak to tylko możliwe.


Jak wyszła całość? W sumie średnio. Wybitnie śmieszny to ten film nie jest (w zapowiedzi pojawia się najlepsza scena - Zombie Kill of The Week). Straszny też nie - w sumie nie wygląda na to żeby choćby przez miał zamiar być straszny.


Przeciętniaczek 3/5.

wtorek, 10 listopada 2009

Moja wielka grecka wycieczka

My life in ruins czyli Moja wielka grecka wycieczka (jak ja nie cierpię polskich tłumaczeń) to komedia romantyczna pozycjonowana tak by w podświadomości widza utożsamić się z znakomitym Moim Wielkim Greckim Weselem. Ta sama główna aktorka, ten sam typ filmu i ten sam temat 'greckości'.

Jak na komedię romantyczną przystało zakończenie można już przewidzieć w... drugiej scenie filmu. No ale konwencja to konwencja nie oczekiwałem tu rewolucji - w końcu ten film oglądałem nie dla fabuły ale żeby się dobrze bawić. I bawiłem się naprawdę nieźle - film jest tak przepełniony różnego rodzaju humorem że każdy znajdzie coś dla siebie - są prześmiewki 'narodowościowe' (Australijczycy których angielskiego nikt nie rozumie itp.), jest sporo humoru sytuacyjnego, trochę obracającego się wokół seksu.

Podsumowując: Moja wielka grecka wycieczka to pozytywny film gwarantujący naprawdę dobrą zabawę.

4/5

poniedziałek, 26 października 2009

Dobrego złodzieja przewodnik po Amsterdamie

Dobrego złodzieja przewodnik po Amsterdamie zabierze Cię czytelniku w niesamowitą podróż. Podróż po uliczkach Amsterdamu, pełnego czerwonych latarni, urokliwych barów i kamienic o drewnianych schodach. Podróż opowiedzianą przez pisarza, autora kryminałów a także złodzieja. Złodzieja, który, na własne życzenie, wplątał się w aferę swojego życia.

Książka Chrisa Ewana to znakomity kryminał w stylu Agaty Christie. I nie jest to jedynie chwyt marketingowy - konstrukcja fabuły, sposób podsuwania czytelnikowi kolejnych elementów układanki, oraz świetna scena kulminacyjna posiada niesamowity styl. Styl który mimowolnie kojarzy się z dziełami mistrzyni kryminału.

Nie ma co się rozpisywać. Książka jest znakomita - 5/5.
I piwo dla każdego kto w jej połowie odgadnie kto jest mordercą.

Piątek 13-tego

Nie ukrywam, nie oglądałem wcześniej żadnych slacherów i za bardzo nie wiedziałem czego się po Piątku spodziewać. Jakkolwiek jednak niskie były moje oczekiwania ósma (chyba...) odsłona filmu o Jasonie je całkowicie je przebiła. Negatywnie.

Ten film (może cały gatunek?) jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. O czymś takim jak gra aktorska nie może być nawet mowy. Cóż, nie oczekiwałem tego. Liczyłem wszakże że scenariusz okaże się w miarę ciekawy. No cóż... przy scenariuszu Piątku, scenariusz dowolnej z odsłon 'Oszukać przeznaczenie' można uznać za arcydzieło: gdzieś w lesie jest oszpecony gość który widział śmierć swojej matki (która wcześniej wycięła pół obozu) i z tego powodu morduje każdego kto mu się nawinie. Oczywiście do lasu trafia grupa nastolatków...

Co jest najgorsze w tym filmie? To że nie jest ani odrobinę straszny. Każda scena jest tak przygotowana że widz wie dokładnie jak się zakończy. Nuda do kwadratu.

Moja ocena 1/5. A ten jeden tylko dlatego że jakoś dotrwałem do końca. Sam nie wiem jak...

wtorek, 22 września 2009

Coco Chanel

Czas na małe nadrabianie zaległości.. Na Coco Chanel wybrałem się.. jeszcze w lipcu. Recenzji jakoś nie było kiedy napisać, ale że staram się odnotowywać każdy film który dane mi było oglądać warto odnotować i ten.

O samym filmie nie mam za wiele do powiedzenia. Jedyne co szczególnie rzuciło mi się w oczy to jak zwykle beznadziejne tłumaczenie tytułu. Dlaczego film który w oryginale nazywa się Coco avant Chanel, po angielsku Coco before Chanel, po polsku został nazwany Coco Chanel? Przecież zgodnie z oryginalnym tytułem opowiada historię Coco zanim stała się słynną projektantką. Ciekawe jak przez naszych 'specjalistów' nazwana zostałaby 'druga część' filmu opowiadająca o drugiej połowie życia projektantki? Sugeruję Coco w trakcie Chanel.

Sam film mnie nie zachwycił. Opowieść o tym jak Coco stała się Chanel jest dość ciekawa ale nie zachwyca. Podobnie określić mogę grę aktorską Audrey Tautou - również jest ciekawa ale nie zachwyca. I tak w zasadzie tyle. Bo naprawdę prócz kontrowersji związanych z tytułem nic więcej z filmu nie zapamiętałem.

Przeciętniak - 3/5

Bękarty wojny

Za recenzję tego filmu mogą wystarczyć cztery słowa: 'nowy film Quentina Tarantino'. Bękarty wojny to typowe kino-tarantino: niesztampowe podejście do tematu, bogaty kontekst kulturalny, dużo brutalności i... no właśnie jednej rzeczy mi w filmie zabrakło, ale o tym za chwilę.

Na Bękarty wojny planowałem się wybrać już od jakiegoś czasu. Co prawda nigdy nie zachwycałem się dziełami Tarantino (tak jestem jedną z tych wypaczonych osób które nie pokochały Pulp Fiction) ale mam świadomość, że jego filmy kształtują kino. Tak było, jest i będzie. Jako że nic na to nie poradzę, najnowszego filmu reżysera tego formatu nie można przegapić. Jak napisałem powyżej, w Bękartach już na pierwszy rzut oka widać dzieło Tarantino - pomysł nakręcenia spaghetti-westernu (w konwencję wdrażają widza już pierwsze ujęcia) w realiach II Wojny Światowej, w którym komando amerykańsko-żydowskie kopie tyłki nazistom mógł wyjść tylko od jednego reżysera. Fabuły opowiadać nie będę, powiem za to jedno - film trwa dwie i pół godziny ale nie nudzi się ani przez minutę, wyważenie akcji jak zwykle znakomite. Na plus filmowi można również zaliczyć znakomitą rolę Brada Pitta - idealnie wpisuje się w swoją postać przywódcy komanda. I powala akcentem co wiąże się z jedną niezapomnianą sceną..

A czego mi w filmie zabrakło? Jednego ze składników geniuszu Quentina Tarantino, moim zdaniem najbardziej istotnego - muzyki. Muzyka w filmie nie jest niezapomnianą ścieżką dźwiękową z Pulp Fiction (nieodzowna płyta na każdej imprezie w moich licealnych czasach), nie jest nawet bardzo dobrą kompilacją kawałków z Kill Billa. Nie przyciąga uwagi, nie wpada w ucho. Jest po prostu mierna.

I to właśnie przez muzykę, na której tak się zawiodłem, nie mogę postawić temu w gruncie rzeczy znakomitemu filmowi oceny większej niż...

3.5/5

wtorek, 18 sierpnia 2009

Pies i klecha. Przeciwko wszystkim

Nie wiem co mnie pokusiło żeby zabrać się za czytanie tej książki. Już sam fakt że napisało ją pospołu dwóch autorów powinien wzmóc moją czujność. Niestety tak się nie stało, czy to skuszony realiami w których toczyła się akcja powieści - Polska przełomu lat 80 i 90, Polska przemian, czy to skuszony nazwiskami autorów: znanego mi Łukasza Orbitowskiego i intrygującego Jarosława Urbaniuka, grunt że zagłębiłem się w lekturę książki.

Pies i klecha. Przeciwko wszystkim opowiada o przygodach niespotykanej pary: księdza Gila i milicjanta (tak, to te czasy) Enkiego. Panowie są nakreśleni całkiem sprawnie, powieść gęsto usiana jest ich różnicami światopoglądowymi, każdy z nich ma swoje mocne strony i swoje obsesje. Także za postacie autorom należy się plus.

Gorzej jest z fabułą. Opowieść o Polsce rządzonej przez sataniczne siły to nie fantastyka, to jakaś totalna naiwna pomyłka. Rozumiem że dobra książka powinna przestawiać światopogląd i dawać do myślenia. Ale sposób przedstawienia spisków bractw satanistycznych w tej powieści jest tak miałki że nijak do siebie nie przekonuje.

A skoro o sposobie przedstawienia mowa - biorąc pod uwagę tematykę książki mam wrażenie że Panowie autorzy naczytali się za dużo Przybyszewskiego (akurat o tym autorze mam pozytywne zdanie - za znakomite 'Nad morzem', 'De Profundis' czy 'Dzieci szatana'). Ich powieść bowiem zawiera tak rozchwiane opisy jakby była pisana na morfinowym widzie. Opisy owe błądzą po mało istotnych szczegółach, potykają się o próby zobrazowania świata i całkowicie wykładają przy przekazywaniu akcji. Nie raz, nie dwa zdarzało mi się czytać stronę wielokrotnie żeby zrozumieć co właściwie zaszło. A w życiu przeczytałem całkiem sporo książek i nie pamiętam żebym z którąś miał podobne problemy...

Powieść słabo napisana: 1/5

niedziela, 2 sierpnia 2009

Watchmen

Strażnicy, podobnie jak ich komiksowy pierwowzór, nie są filmem dla dzieci. Świadczy o tym choćby najważniejszy z wielu motywów tworzących bogatą symbolikę filmu - 'smiley', czyli uśmiechnięta żółta buźka (poniekąd pierwowzór emotikonek), umazany krwią. W filmie podobnie jak w komiksie przemocy jest wiele i jest ona dosadnie pokazana.


Świat Strażników to świat superbohaterów stających w obronie prawa i sprawiedliwości. Świat wypaczony przez ich super moce i przez ludzkie słabości. Prawo i sprawiedliwość w tym świecie niesione są miotaczami ognia i pistoletami, a strażnicy porządku są tym skuteczniejsi im mniej mają litości. W tym nad wyraz realnym z komiksowych światów, superbohaterowie zmieniali rzeczywistość którą znamy - to oni zamordowali Kennedy'ego, to dzięki nim Ameryka wygrała wojnę w Wietnamie. I świat wcale przez to nie stał się lepszy - w trakcie kolejnej kadencji rządów Nixona, narastająca paranoja zimnej wojny doprowadza świat nad krawędź nuklearnej zagłady.

Fabuła filmu jest jego dobrą stroną. Znakomicie wypada też muzyka - chwytliwe utwory z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych znakomicie wplecione w akcję filmu. Mimo tych dwóch cech Strażnikom, moim zdaniem, daleko do ideału. Film jest przeraźliwie długi - trwa całe dwie i pół godziny, akcja mimo częstego 'prania po mordach' rozwija się stosunkowo wolno, a starania reżysera by jak najlepiej ukazać profil psychologiczny superbohaterów wprowadzają niepotrzebne wtręty i powtórzenia. Mała zasnęła po godzinie oglądania, ja przetrzymałem cały, ale z trudem. Sama komiksowa konwencja będąca z jednej strony wielką zaletą kinowych Strażników, po dłuższym oglądaniu razi - po co Ci ludzie latają w tych lateksowych ciuchach? Czy ta guma nie powinna się stopić jak ona ratowała ich z pożaru? Sceny machających, niemal na ślepo, rękami w trakcie walki superbohaterów stają się odrealnione i... głupkowate, szczególnie w kontraście z całkowitym brakiem umowności w pokazywaniu przemocy. Siła filmu staje się jego słabością.

Wiem że ten film może zachwycić. Może - mnie on niestety nie zachwycił - 3.5/5

sobota, 1 sierpnia 2009

Różowa Pantera 2

Druga część uwspółcześnionej Różowej Pantery miała być filmem lekkim, głupim i przede wszystkim śmiesznym. I dokładnie takim jest. Nie gwarantuje on dobrej gdy aktorskiej (mimo całkiem niezłej obsady - Andy Garcia, John Cleese czy Jean Reno), nie zapewnia ciekawej fabuły. Różowa Pantera 2 ma gwarantować rozrywkę.

I moim zdaniem wywiązuje się z zadania w zupełności. Mimo kiepskich momentów jak przydługa wejściówka czy tragiczne sceny z Johnem Cleese. Mimo tego że fabuła jest miałka. Mimo tego że reżyseria nie zachwyca. Ten film po prostu bawi. Bawi zachowaniem inspektora Clouseau, bawi pseudofrancuskim jego akcentem. Nie oczekiwałem po tym filmie niczego oprócz dobrej zabawy i to mi on dostarczył.

Nie najgorsza komedia bez pretensji do ambitnego kina - po prostu dobra zabawa.

I jak na takiego średniaczka przystało dobre 3/5

czwartek, 30 lipca 2009

Potwór z Florencji

Potwór z Florencji Douglasa Prestona jest szokującą książką. Szokującą z dwóch powodów.

Pierwszym jest tematyka publikacji - jest ona zapisem śledztwa dziennikarskiego prowadzonego w sprawie wyjątkowo brutalnego seryjnego mordercy - tytułowego Potwora z Florencji. Potwór, morderca działający w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku w okolicach Florencji zamordował czternaście osób, przy czym sześć z nich - kobiety - okaleczył pośmiertnie z szczególnym okrucieństwem. O nim właśnie, autentycznym wzorcu literackiego Hannibala jest pierwsza część książki.

Druga część, równie szokująca, opowiada o kulisach toczącego się do dziś śledztwa w sprawie morderstw - choć podczas dochodzeń jako morderca osądzony został Pietro Pacciani to wiele opisanych w książce dowodów (w tym przytoczony fragment analizy profilu zabójcy utworzonego przez specjalizującą się w seryjnych mordercach FBI) wskazuje że w rzeczywistości to nie on popełnił te zbrodnie. W drugiej części autor koncentruje się na niekompetencji włoskiej policji, wykorzystywaniu przez prokuratorów naciąganych, czasem wręcz sfabrykowanych dowodów do aresztowania niewinnych ludzi - tylko dlatego że pasują do prokuratorskiej idee fixe oskarżających. Pisze również o tym jak na morderstwach można zrobić karierę i jak bardzo odpowiedzialne osoby potrafią ulec szaleństwu pogoni z wyimaginowanym zabójcą. Przedstawia sytuacje które nie powinny nigdy się zdarzyć w państwie prawa.

Nadwyraz ciekawa lektura - pokazuje że wbrew powszechnemu w naszym kraju przekonaniu, w zachodniej Europie pod pewnymi względami wcale może nie być lepiej niż u nas. Warto przeczytać.

5/5

środa, 29 lipca 2009

Zupełnie jak miłość

Nie rozumiem szumu wokół Ashton'a Kutchera, jakiś czas temu wyczytałem że jest to jeden z najlepiej rozpoznawalnych aktorów 'młodego pokolenia' (cokolwiek by to miało znaczyć). Ostatnio odkryłem że jest jednym z najbardziej popularnych użytkowników tweetera. I nadal nie rozumiem czemu jest tak popularny.. Bo na pewno nie za grę aktorską. Jedyne co można dobrego powiedzieć o jego grze to to że całe szczęście gra tylko w filmach 'drugiego sortu' - żaden wielkich hollywoodzkich reżyserów nie jest tak ślepy żeby go obsadzić w swoim filmie.

Zupełnie jak miłość musiało nieźle wyglądać na papierze - historia dwojga samotnych ludzi którzy kroczą przez życie i nie mogą się odnaleźć, czy coś w tym stylu. Temat może dość oblatany ale zdarzały się już gorsze. Ten potencjalnie dobry film zdewastowała para głównych aktorów - czyli mój ulubieniec Ashton i pani Amanda Peet. Dawno nie widziałem tak miałkiej, tak słabej, tak mało wyrazistej gry aktorskiej. Choć reżyseria też do najlepszych nie należała - no ileż można robić 'odejść i powrotów' - reżyser powinien był powiedzieć scenarzyście że to co na papierze wygląda ciekawie na ekranie będzie przeraźliwie nudne, to tak naprawdę film zepsuł duet głównych bohaterów. Komedii romantycznej z mniejszą ilością zagranych uczuć w życiu nie widziałem.

Film tragiczny, całe szczęście już dawno po premierze kinowej. Jeśli zobaczycie go w telewizji natychmiast przełączcie kanał. Tak, on będzie taki nudny do samego końca.

0/5

piątek, 24 lipca 2009

Lalka Kafki

Lalka Kafki Gerda Schneidera przywołuje legendę Franza Kafki. Wielkiego, niedocenianego za życia pisarza którego twórczość jest mrocznym odbiciem otaczającego go świata. Fabuła opiera się na niepotwierdzonej historii jakoby Kafka spotkawszy na spacerze dziewczynkę zasmuconą utratą lalki, postanawia pisać do niej listy w imieniu zguby.

Akcja książki rozwija się nieśpiesznie, bajkowy świat opowieści o przygodach lalki przeplata się z ponurą rzeczywistością Berlina lat dwudziestych. Fabuła może nie porywa ale utrzymuje zainteresowanie czytelnika do końca. Końca magicznego, w którym świat bajkowy splata się z rzeczywistym.

Lalka Kafki to dobra książka. Nie wciąga, ale również nie odrzuca, oplata za to opowieścią delikatną jak jedwab.

4/5

środa, 22 lipca 2009

Ostatni dom po lewej

Ostatni dom po lewej jest remakiem filmu z 1972 roku o tym samym tytule. Dzieło z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku można spokojnie nazwać jednym z filmów przełomowych. Niestety pierwowzory nie było mi dane oglądać, ale jeśli jego nowa wersja szokuje w dzisiejszych czasach, to prawie czterdzieści lat temu oryginał musiał robić niesamowite wrażenie.

Fabułę filmu można streścić w kilku słowach (podobne streszczenia znajdziecie chyba w każdej recenzji także jeśli film ma Was zaskoczyć to dobrze iść na niego w ciemno). Grupa bardzo aspołecznych typków uciekających stróżom prawa, napotyka na swej drodze dwie niewinne dziewczyny. Jedną z nich mordują, drugą gwałcą i ranią. Pech chce że muszą przerwać ucieczkę i schronić się w domu który... jak się okazuje należy do rodziców drugiej z dziewczyn. Gdy rodzice, dobrzy, praworządni obywatele, dowiadują się co spotkało ich córkę postanawiają urządzić gościom piekło na ziemi.

Tematyka filmu jest znakomita - skłonność do brutalności kryje się w każdym z nas, pytanie tylko czego trzeba by ją obudzić (jestem pewien że znakomita większość rodziców w takiej sytuacji zachowałaby się podobnie). Gorzej niestety prezentuje się wykonanie - w filmie przesadzono z przemocą, sceny morderstw i gwałtu są pokazane szczegółowo, dosłownie. Co sprawia że widz szybko nabiera dystansu. Fabuła z kolei przez swoją prostotę jest do bólu przewidywalna.

I to wszystko sprawia że film który mógłby być znakomity jest tylko średniaczkiem.

2.5/5

poniedziałek, 20 lipca 2009

Harper's Island

Dziwi mnie popularność tego serialu. Oceny na filmwebie czy hatak.pl sugerują jakoby był to jeden z lepszych seriali w tym roku. Więcej, osobiście znam kilka osób które są Harper's Island zachwycone. Co najciekawsze serial zdaje się być popularny jedynie w Polsce, widzowie amerykańscy go nie polubili - po trzech odcinkach o umiarkowanej popularności, oglądalność spadła do ok. 3mln widzów. Dużo? Niekoniecznie, lepszą oglądalność mają powtórki takich seriali jak Kości czy którejś z kolei serii CSI: Miami. O odbiorze serialu najlepiej świadczy fakt że twórcy już po czterech odcinkach wycofali się z pomysłu kręcenia drugiej serii.

Fabuła może wydawać się ciekawa - na niewielką, zalesioną wyspę, przybywa na wesele kilkadziesiąt osób. Które zaczynają ginąć w tajemniczych okolicznościach. Jak się okazuje wyspa skrywa mroczną tajemnicę...

A jak to wychodzi w praktyce? Przez pierwsze pół serialu co odcinek znika kilka osób... czego nikt nie zauważa. Drugą połowę, gdy wyczyny mordercy wychodzą na jaw można sprowadzić do krótkiego opisu: "nie rozdzielajmy się bo zginiemy... ok, to ty idziesz w lewo, ty w prawo a ja środkiem... O mój boże znowu ktoś zginął...". Nie mam pojęcia kto wymyślił aż tak głupi i nienaturalny scenariusz. Wyobraźcie sobie sobie najgłupszy amerykański film o mordercy i przemnóżcie czas jego trwania przez 6 - otrzymacie fascynujące Harper's Island.

Ocena końcowa nie będzie aż tak straszna jak można się spodziewać po powyższym tekście. Tylko z jednego powodu, może byłem zniesmaczony i znudzony tym serialem, ale... obejrzałem go do końca.

2/5

sobota, 18 lipca 2009

Epoka Lodowcowa 3

Kolejna część znakomitego cyklu filmów animowanych. Kolejny film o mamucie Mannym, leniwcu sidzie i nieśmiertelnej wiewiórce Scraty. Kolejna porcja kreskówkowego humoru, gagów i zabawy. Kolejna, kolejna, kolejna... Tyle że już nie śmieszna.

Tym razem w epoce lodowcowej lodu nie ma zbyt wiele, za to jest dużo tropikalnej dżungli, lawy i... słodyczy. Film jest słodki wręcz do bólu, nawet Scraty poznaje 'prawdziwą miłość'. A wątek z rodzeniem mamuciątka jest wręcz karmelowy. Wszystko to przynajmniej u mnie wywołuje sporą niestrawność. Ale nie ona jest najgorsza, tragiczne jest odświeżenie serii poprzez wprowadzenie do niej pełnych fekalnego humoru oposów oraz psychodelicznej łasicy - Bucka. Nowe postacie nie są ani śmieszne ani ciekawe.

Podobnie zresztą jak całość filmu. Ja śmiałem się na nim rzadziej niż na marnej drugiej części Transformersów, Małej udało się podczas filmu przysnąć. Cienizna.

0/5

środa, 15 lipca 2009

Egzorcyzmy Dorothy Mills

Ten film jest znakomitym przykładem. Przykładem jak działa reklama filmów w naszym pięknym kraju.

No to zaczynamy. Dostaliśmy właśnie film, z oceny IDMB wynika że mocno przeciętny. Co z tym fantem zrobić? Na początek trzeba wymyślić jakiś chwytny tytuł, żeby się dobrze kojarzyło. Pomyślmy... film jest ponoć o dziecku z problemami (tak wynika z opisu, bo tacy specjaliści od reklamy jak my na pewno tego badziewia oglądać nie będą), w obsadzie jest rola pastora... Hmm kiedyś było coś podobnego co się dobrze sprzedało. Tak - Egzorcyzmy Emily Rose. No to nazwijmy film Egzorcyzmy Dorothy Mills - nawet brzmi podobnie. I nie ważne że z egzorcyzmami nie ma on nic wspólnego.

Mamy już tytuł. Teraz czas na hasło reklamowe. Film jest o dziewczynce z problemami... Było coś podobnego, a tak - Szósty Zmysł, ale nie, to już za bardzo oklepane, reklamowaliśmy tak dziesiątki filmów. Może coś bliższego naszym czasom? No to przywalmy Sierociniec - że niby nasz film jest i ciekawy i ambitny.

Produkt pięknie opakowany. A co w środku? Film zrobiony bardzo oszczędnymi środkami, o miałkiej, banalnej fabule, z kiepską grą aktorów. Gówno opakowane w kolorowy papierek gównem pozostanie.

0/5

piątek, 10 lipca 2009

Transformers: Zemsta Upadłych

Najnowszy film Michaela Bay'a nie jest jednym z tych filmów na które chce się wybrać bo mogą być dobre. O nie, ten film jest skazany na bycie marnym. Dlaczego zatem się na niego wybrałem? Bo miałem nadzieję że będzie podobny do części pierwszej - mało ambitny ale spektakularny i.. śmieszny (tak śmieszny jak śmieszny dla inżyniera może być film w którym dźwięk bipbipbiiiip hakuje wszystkie komputery).

Na Zemście Upadłych się zawiodłem. Gra aktorów była zgodnie z oczekiwaniami marna, fabuła, również zgodnie z oczekiwaniami, mocno głupkowata. Ale nie na tym się zawiodłem najbardziej. Ten film nie był aż tak śmieszny jak jego poprzednik, owszem, zdarzały się sceny gdy cała sala wybuchała śmiechem, ale rozpływały się wśród licznych dłużyzn. Bardzo zawiodłem się również na 'spekatularności' filmu - owszem robotów był więcej niż pierwszej części, rzeczywiście możliwe że zgodnie z deklaracjami twórców przestrzeń dyskowa z animacjami komputerowymi mogła być dziesięciokrotnie większa (sięgając 140 TB), ale w walkach robotów trochę przesadzili z dynamizmem. Walki toczyły się tak szybko że dostrzec można było tylko migające kolorki (reguła: kolorowy robot - dobry robot, stalowo srebrny robot - zły robot), i nierzadko można je było tak podsumować: 'bum-bum robot wygrał, ciekawe jak.. no nieważne zaraz kolejne pranie'.

Nic w tym filmie nie spełniło moich oczekiwań.. A nie były one za wysokie - chciałem się tylko dobrze bawić.
0/5

wtorek, 7 lipca 2009

Najdłuższa podróż do domu

Recenzji tej książki nie da się zacząć inaczej jak słowami że jest to kolejna powieść autora Marley'a i ja. Trochę szkoda tak pisać bo Najdłuższa podróż do domu w najmniejszym stopniu nie zasłużyła na drugie miejsce, wielu autorom nie starcza bowiem talentu by napisać choćby w połowie tak dobrą powieść.

Najdłuższa podróż do domu John'a Grogana'a to powieść autobiograficzna. Ta pełna ciepła książka opowiada o trudach dorastania (a także dorosłego życia) w skrajnie katolickiej rodzinie. Gdyby rodzice Grogana mieszkali w na przedmieściach Warszawy a nie Detroid uznano by ich za mohery pierwszego sortu. Rodzinny dom autora wypełniały bowiem figurki świętych, w niedzielne popołudnia, po obowiązkowej mszy świętej, na obiadki wpadali księża. I wszystko to działo się w latach siedemdziesiątych, czasach gdy młody John był kuszony przez hasła wolności i narkotycznego odlotu dzieci kwiatów.

Najnowsza powieść John'a Grogana to napisana, jak zwykle, w znakomitym stylu, pełna humoru, opowieść o szukaniu własnej drogi przez życie. Książka o trudnych decyzjach, smutnych momentach i kochających rodzicach. I jako taka nie może dostać innej oceny.

5/5

poniedziałek, 6 lipca 2009

Inkheart

Plakat i opis Atramentowego Serca wzbudziły we mnie spore nadzieje. Bo, choć może to dość dziecinne, ale przepadam za przygodowymi filmami fantasy w stylu Opowieści z Narni czy Złotego Kompasu. Filmy te ujmują mnie przepięknymi scenografiami, akcją która do końca trzyma w napięciu.. i magią którą roztaczają wokół oglądającego je widza.

Atramentowe Serce również miało być takim filmem - Mo główny bohater jest Srebrnym Językiem (ang. Silver Tongue), Zaklinaczem Słów, potrafiącym sprowadzić do naszego świata postacie z książek. Niestety umiejętność ta nie zawsze daje się kontrolować, i podczas czytania mało znanej powieści Inkheart Mo powołuje do życia osobników których na pewno by nie chciał przywołać. Wraz z córką i przywołanymi przyjaciółmi starają się naprawić swój błąd.

Fabuła jak widać wygląda całkiem ciekawie. Niestety filmowi brakuje magii. I nie tylko, sposób prowadzenia akcji nie wciąga, efekty specjalnie nie zachwycają (momentami odnosi się wrażenie że film został nagrany 30 lat wcześniej - scena pogoni na dachu).

Całość to marne 1/5.

czwartek, 2 lipca 2009

Przebłysk geniuszu

Przebłysk geniuszu to mądry film. Przy czym zaznaczam tu słowo mądry - ten film nie wyróżnia się ani grą aktorów, ani pracą kamery, nie wyróżnia się również muzyką, scenografią czy efektami specjalnymi. Nie mogę o nim napisać że jest to dobry film bo pod wieloma względami jest bardzo przeciętny.

Film opowiada historię Roberta Kearnsa, wynalazcy który doświadczył tytułowego przebłysku geniuszu. Wynalazł rzecz zdawałoby się mało ważną - sposób na sterowanie czasem pracy wycieraczek samochodowych. Próbował swój pomysł sprzedać jednemu z największych w latach 60tych producentowi samochodów. Nie udało mu się. Ford bo to był ten producent pomysł po prostu ukradł. Kearns nie poddał się jednak i przez całe życie dochodził swych racji.

Nieprzeciętna w nim jest tematyka - walka zwykłego człowieka z bezduszną korporacją. Mądrością jest to że film ten każe się zastanowić nad wyborami głównego bohatera. Czy rzeczywiście warto było? Co jest ważniejsze: prawda czy szczęście? Etyka czy miłość? Przebłysk geniuszu nie odpowiada na te pytania. Ale zadaje je. I właśnie z nich pochodzi jego mądrość.

4/5

niedziela, 28 czerwca 2009

World Press Photo '09

Tegoroczna edycja wystawy World Press Photo została umieszczona w niestandardowym miejscu - zamiast w Pałacu Kultury i Nauki zdjęcia są prezentowane w Złotych Tarasach.

Fotografia nagrodzonych zdjęć prezentuje jak zwykle najwyższy światowy poziom. Niektóre rozśmieszają - jak zdjęcia skoczków wodnych z ostatniej olimpiady (zdjęcia zrobiono w trakcie lotu, wyrazy twarzy skaczących są niesamowite). Inne intrygują jak zdjęcie Baracka Obamy przemawiającego do młodzieży z drewnianych skrzynek czy zdjęcie kropli krwi na trzymającej teczkę dłoni protestującego w Grecji. Jeszcze inne przerażają - zdjęcie martwego dziecka na ulicy Recife czy rozkłądające się zwłoki topielca z powodzi w Birmie.

Czy centrum handlowe to dobre miejsce na ambitną fotografię? Nie jestem przekonany. Radosna muzyka zachęcająca do zakupów, kolorowe szyldy, zalatani ludzie, wszystko to nijak nie współgra z tematami prezentowanymi na zdjęciach. Fotografia prasowa to nie zdjęcia z katalogu mody, to życie często w najgorszych swych przejawach - biedzie i brutalności. Poza tym... Cóż podczas naszej wycieczki i my z Małą ulegliśmy wszechobecnym przecenom - patrząc po cenach zakupionych towarów - ta wystawa była na pewno najdroższą na jakiej byliśmy.

Za zdjęcia byłoby pięć na pięć, ale lokalizacja mierzi - dlatego jedynie 3.5/5.

PS. Zdjęcie w notce to zdobywca nagrody głównej fot. Anthony Suau, USA

Zack i Miri kręcą porno

Zack i Miri kręcą porno zdobył w moim prywatnym rankingu pierwszą nagrodę. W kategorii najgłupszy film roku. Nie ukrywam że spodziewałem się czegoś innego w momencie gdy zaczynałem oglądać. Komedii w stylu 'chciałabym ale się wstydzę'. Reżyser wyprowadził mnie z błędu już w pierwszej scenie. Toaletowej scenie.

Tak, ten film jest jednym z przykładów fekalnego kina amerykańskiego. Coś w stylu 40-letni prawiczek czyli gagi o kupie, sceny z robieniem na twarz i takie tam. Ale muszę przyznać że o ile z na prawiczku wytrzymaliśmy z Małą jakieś pierwsze pięć minut to Zack i Miri kręcą porno przyciągnęło naszą uwagę na dłużej - bo aż do samego końca. Nie wiem co przyciągało do niego Małą ale ja osobiście trwałem twardo przed ekranem żeby się dowiedzieć na jaki durny pomysł jeszcze w tym filmie wpadną. A pomysłów było sporo.

Film beznadziejny ale przyznam jeden punkt, za bezdenną głupotę - 1/5.

czwartek, 25 czerwca 2009

Stan gry

Nie będę się zgłębiał w szczegóły - Stan gry to kawał dobrego kina. Najlepszy thriller polityczny od wielkich lat siedemdziesiątych amerykańskiego kina. Może ktoś uzna to za bałwochwalstwo ale moim zdaniem można go spokojnie porównać do takich wielkich dzieł jak Trzy dni Kondora czy Wszyscy ludzie prezydenta, a lepiej to już chyba być nie może, prawda?

Fabuła, w dużym skrócie, opiera się o kryzys obyczajowy który dotknął ambitnego młodego kongresmena Stephena Collinsa (bardzo dobry Ben Affleck) - pod kołami metra ginie jego kochanka, uczuć do której nie jest w stanie ukryć na posiedzeniu komisji śledczej której przewodzi. Zrozpaczony wybiera się do swojego jedynego przyjaciela, dziennikarza, Cala McAffrey'a (w tej roli znakomity Russel Crowe), osobistości tyle wybitnej co ekscentrycznej. Cal w samobójstwie kochanki, dopatruje się drugiego dna... A jak okazuje w toku dziennikarskiego śledztwa, sprawa zawiera również dno i trzecie i czwarte...

Film oprócz trzymającej w napięciu akcji i znakomitej gry aktorskiej, porusza kilka ważnych tematów jak granice etyki dziennikarskiej, czy co jest ważniejsze - przyjaźń czy prawda. I robi to, co w ostatnich czasach rzadkość, w bardzo naturalny sposób.

Dla mnie 5/5.

środa, 24 czerwca 2009

Narzeczony mimo woli

O Narzeczonym mimo woli słyszałem że jest to wielki powrót Sandry Bullock. I rzeczywiście, przez ładne kilka lat nie było nam dane oglądać filmów z tą aktorką. A jej występy w dziełach takich jak Miasto gniewu czy System przypominają że mimo ról w stylu Miss Agent potrafi ona dobrze zagrać.

I rzeczywiście gra znakomicie. W Narzeczonym mimo woli wciela się w Margaret Tate, redaktor, businesswomen i jak się dowiadujemy na początku filmu 'niezłej suki' (może jest taka wredna bo pochodzi z Kanady?). Tygrysica biznesu popada jednakże w nie lada kłopoty - zaniedbuje papierkologię i dopuszcza do tego że wygasa jej wiza, co doprowadza do tego że zostanie deportowana chyba że... szybko wyjdzie za mąż za obywatela amerykańskiego pochodzenia. A taki trafia się szybko w postaci jej zdominowanego asystenta Andrew.

Większość humoru bazuje to na odwróceniu ról - to pani Tate jest tą bardziej męską, i bardziej zapracowaną - co jej 'narzeczonemu' niekoniecznie pasuje. Oczywiście w filmie jest również pełno innych gagów (a większość z nich ma na imię Ramone).

Całość okazuje się naprawdę dobrą komedią romantyczną - 4/5.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Błazen wkracza na scenę

Błazen wkracza na scenę to kolejny tom przygód postszekspirowskiego błazna Feste, czyli kolejna część cyklu Gildia błaznów autorstwa Alana Gordona. W powieści tej autor całkowicie odcina się od Nocy trzech króli na której bazował poprzedni tom cyklu. Wspólnym mianownikiem pozostaje jedynie postać głownego bohatera i... i osoba której tożsamości, ani roli, zdradzać nie będę.

Znów wkraczamy do 'ciekawych czasów' jakimi dla Europy był niewątpliwie trzynasty wiek. Tym razem jednakże z śródziemnomorskiego księstwa Orsyno, przenosimy się do jedej z największych światowych metropolii tego okresu - Konstantynopola. Tam bowiem ma udać się Feste w celu wyjaśnienia tajemniczych zaginięć bizantyjskich błaznów.

Druga część cyklu napisana jest nader sprawnie - udało mi się ją przeczytać, jak wskazują daty postów, w niewiele ponad dwa dni (koniec lektury przypadł na dzisiejszy poranek). Fabuła nie pozwala się oderwać, pojawiające się w powieści przykłady błazeńskich występów rozśmieszają, a opisy piękna Konstantynopola oszałamiają. Naprawdę dobrze napisana (i przetłumaczona) książka.

Poziom cyklu nie spadł po pierwszej części - chętnie sięgnę po następną - 4/5.

piątek, 19 czerwca 2009

Trzynasta noc

Po słabych doświadczeniach z powieściami mającymi trzynastkę w tytule, miałem pewne obawy przed czytaniem tej książki. Jak się szybko okazało obawy te nie były słuszne. Trzynasta noc Alana Gordona jest bowiem powieścią naprawdę dobrą.

Książka jest debiutem literackim autora i zarazem pierwszą częścią cyklu Gildia Błaznów, który jak się można łatwo domyślić traktuje o błaznach. Błaznach zjednoczonych pod szyldem cechu który z uśmiechem na wybielonych twarzach pociąga za sznurki w światowej polityce. A jest za co pociągać - w XIII wiecznej Europie dzieje się wiele - potęgi Rzymu, Wenecji i Saracenów walczą o władzę nie przebierając w środkach.

Nie pomny tego całego zamieszania, główny bohater, błazen Feste systematycznie zapija się w knajpach gdy przybywa do niego posłaniec z wiadomością że książę Orsyno nie żyje. W tych dwóch imionach kryje się jeszcze ciekawy akcent powieści - Trzynasta noc przywołuje do życia postacie z Wieczora Trzech Króli Williama Szekspira. Przywołuje i opowiada ich dzieje w bardzo prozaiczny sposób tak różny od stylu szekspirowskiego.

A całość okazuje się nader zgrabnym połączeniem książki historyczono-fantanstycznej z kryminałem. Ocena 4/5.

wtorek, 16 czerwca 2009

Ulice Babilonu

Ulice Babilonu Cariny Burman to kawał dobrej powieści kryminalnej. Przy czym szczególną uwagę należy zwrócić na słowo 'kryminalnej' bowiem powieść szwedzkiej pisarki jest kryminałem w starym 'przedchandlerowskim' stylu - stylu którego nie powstydziła by się Agata Christie. Mamy tu tajemnicze porwanie, morderstwa, dostojnych policjantów londyńskich, pełne dymu z kubańskich cygar kluby dżentelmenów oraz mroczne slumsy.

Rzecz dzieje się bowiem w Londynie w roku 1851, roku pierwszej Wystawy Światowej. Wielka Brytania jest światowym imperium, a wszystkie drogi (czy raczej szlaki morskie) zmierzają do Londynu. Drogami tymi podąża Euthanasia Bondeson, niemłoda pisarka o nieprzeciętnym temperamencie. Planuje zobaczyć, wraz ze swą młodą damą do towarzystwa, cuda Wystawy Światowej. Niestety podczas pobytu w Londynie owa młoda osoba zostaje porwana - Euthanasia wraz z walijskim inspektorem londyńskiej policji rusza jej na ratunek.

W książce tej ujął mnie styl prowadzenia akcji: skrupulatnie ukryta tajemnica jest po kawałeczku odkrywana przez główną bohaterkę. A że wspomniane kawałeczki trudno do siebie dopasować to niemal do samego końca powieść jest w stanie zaskoczyć. Nie czytałem wielu książek Agaty Christie, ale uważam że ta powieść może spokojnie im dorównać.

Moim zdaniem 4/5.

środa, 10 czerwca 2009

Trzynastka

Do Trzynastki przyciągnął mnie autor, a dokładnie nagroda którą zdobył - Richard Morgan jest laureatem nagrody imienia Philipa K. Dicka jednej z najbardziej przeze mnie poważanych nagród science-fiction. Jeszcze przed przeczytaniem dowiedziałem się o kolejnej nagrodzie która zwiększyła mój entuzjazm do tej książki - Trzynastka w 2008 roku zdobyła prestiżową nagrodę imienia Artura C Clarka (tej aż tak bardzo nie szanuję jak wspomnianej uprzednio ale zdobycie jej z reguły dobrze o książce świadczy). Do lektury podszedłem zatem ze sporym entuzjazmem.

Świat opisywany w dziele Richarda Morgana to nasza poczciwa Ziemia ale o sto lat starsza. Ludzkość poradziła sobie z większością dzisiejszych problemów - zlikwidowano strefy ubóstwa, uporano się z muzułmańskimi radykałami i terroryzmem. Dwudziesty drugi wiek rozpoczął się jako era podróży międzygwiezdnych i wspomaganej nanotechnologią kolonizacji Marsa. Oczywiście nie wszystko w tym świecie jest idealne - przez sto lat dzielące czas akcji od dnia dzisiejszego zdążyło się rozpaść imperium - Stany Zjednoczone podzieliły się na ultraliberalne wybrzeże i ultrakonserwatywne stany centralne. A co najważniejsze nad ludzkością ponurym cieniem kładą się rezultaty eksperymentów z ludzkim genomem przeprowadzanych w końcu poprzedniego wieku.

Rezultatem takich eksperymentów jest Carl, główny bohater powieści. Jest tytułową Trzynastką, ludzkim wariantem genetycznym, supersamcem stworzonym jako maszyna do zabijania. Zmagając się z rasizmem i nietolerancją pomaga agentowi korporacji kolonizującej Marsa - Sevgi Ertekin - rozwiązać zagadkę katastrofy jednego z statków marsjańskich.

A wszystko to, ciekawa wizja przyszłości, pełna wydarzeń fabuła... opisane jest w taki sposób że 'dzióbiąc' tą książkę kartka po kartce wcale nie chce się jej czytać dalej. Akcja stanowczo nie porywa, postacie są bardzo mało przekonujące (tytułowe trzynastki, w tym główny bohater, mają mentalność komiksowych superbohaterów). Naprawdę nie wiem jakim cudem przeczytałem tą książkę do końca. I co gorsza... nie mam pojęcia po co to zrobiłem bo zakończenie również ani trochę mnie nie zachwyciło.

1/5 więcej dać nie mogę.

wtorek, 9 czerwca 2009

Każdy chce być Włochem

Nie przepadam za oglądaniem filmów z sieci i już na pewno się tym nie chwalę, a na większość filmów które uznaję za interesujące chodzę do kina (mój portfel dziękuje firmie Orange za środy). W tym wypadku jednakże zrobię wyjątek - tak, ściągnąłem ten film z sieci - a to dlatego że rozdźwięk pomiędzy czasem polskiej premiery a światowej jest żenujący. Film wszedł do światowych kin na jesieni... 2007 roku. W polskich się jeszcze nie pokazał.

A film jest wart obejrzenia. Każdy chce być Włochem to kawał dobrej komedii dorównującej, moim zdaniem, takiemu hitowi jak Moje wielkie greckie wesele.

Rzecz dzieje się we włoskiej dzielnicy gdzieś w Nowym Jorku. Pełno małych, swojskich, i oczywiście włoskich butików, rodzinna atmosfera wraz z kłótniami przenoszonymi na ulice - mały, uroczy, włoski świat. W światku tym żyje Jake, nie Włoch, który ma poważny problem z dziewczyną, wystarczy że napiszę że wyszła ona za mąż i to bynajmniej nie za niego. W rozterkach sercowych starają się mu pomóc jego pracownicy i zarazem przyjaciele ze sklepu rybnego w którym pracuje - oczywiście Włosi. I to oni podpowiadają mu żeby stał się jednym z nich - no bo przecież Każdy chce być Włochem, prawda?

Dlaczego tak się zachwycam tą lekką komedyjką? Nie dla opisanej powyżej fabuły. Film jest znakomity z jednego powodu - przyjaciele głównego bohatera są tak dogłębnie 'włoscy', mają również tak 'włoskie' podejście do kobiet, że prowadzone przez nich dialogi powalają na kolana.

Kawał dobrego filmu, szkoda że nie wytrzymałem by zobaczyć go w kinie: 4.5/5.

niedziela, 7 czerwca 2009

Anioły i Demony

Nie wiem czemu poszedłem na ten film. Po bardzo słabym Kodzie Leonarda nie miałem co do niego daleko idących nadziei - z reguły sequele, a nie da się ukryć że jest to sequel (różnica względem książki - akcja filmu dzieje się po wydarzeniach opisanych w Kodzie) wychodzą blado przy pierwowzorze.

Tym razem sequel okazał się lepszy. Choć nie ukrywajmy niewiele trzeba żeby przebić pierwszą część przygód profesora Langdona. Film całkiem nieźle trzyma w napięciu, nie ma w nim dłużyzn, a wymądrzanie się profesora aż tak nie drażni.

Co nie zmienia faktu że wciąż jest to film co najwyżej przeciętny - marna gra aktorska - Hanks biegający cały czas z jedną miną, jego mdła towarzyszka, mało przekonujący kamerling. Akcja choć trzyma w napięciu to nie dość mocno, całość rozpływa się w oczekiwaniach na kolejne etapy odkrywania ścieżki oświecenia. No ale czego się spodziewać po ekranizacji książki odnośnie której moje odczucia są dokładnie takie same.

Film który można obejrzeć dla zabicia czasu, ale gwarantuję jedno - niewiele z niego zapamiętacie. 3/5.

środa, 3 czerwca 2009

Wojna polsko-ruska

Nie miałem najmniejszej ochoty wybierać się na ten film. Po lekturze dzieła Masłowskiej wiedziałem dwie rzeczy - że mam bardzo silną wolę skoro udało mi się przebrnąć przez cały ten śmietnik, oraz że żadnej książki tej autorki na pewno już nie przeczytam. Zdanie postanowiłem zmienić po obejrzeniu zapowiedzi z znakomitym kawałkiem w wykonaniu Borysa Szyc'a - 'no to to ja lubię, to ja rozumiem'.

I nie zawiodłem się. Wojna polsko-ruska to mimo paru wad znakomity film. Decyzja Xawerego Żuławkiego by stworzyć film w konwencji komiksowej, odrealniony, nierzeczywisty, była decyzją znakomitą. Wyciągnął z książki to co w niej najlepsze - szalone pomysły Masłowskiej, ta sama opowieść na srebrnym ekranie prezentuje się znacznie lepiej niż na papierze.

Nie bez znaczenia jest znakomita gra Borysa Szyca który wcielił się w główną rolę Silnego - półmózgiego, zaćpnego dresiarza. Jego niewyraźne dukanie, gra mieśniami zamiast twarzą, częste wyrażanie totalnego zdziwienia, moim zdaniem, powalają. Sceny takie jak wspomiane 'no to to ja lubię, to ja rozumiem' czy cały epizod w Polskim Burgerze pozostają w pamięci.

Co mi się w filmie nie podobało? Masłowska. Stanowczo jest w nim za dużo Masłowskiej. I nie chodzi mi o nastrój czy 'przesłanie' ale o to że autorka ksiażki bierze czynny udział fabule. I wychodzi jej to bardzo, bardzo marnie.

Podsumowując: znakomity, wyrazisty film, na który warto pójść choćby po to by samemu ocenić - 5/5.

sobota, 30 maja 2009

Głową w mur

Głową w mur Rafała W. Orkana jest książką którą miłośnik fantastyki powinien przeczytać. Nie tylko dlatego że jest naprawdę dobrze napisana, nie dlatego że ciężko się od niej oderwać. Jest warta przeczytania dla wizji świata w niej przedstawionej.

Mrocznym światem Orkana rządzi magia. Jest to zupełnie inna magia niż magia rycerzy lśniących zbrojach, i magów w białych szatach biegających z włosami rozwianymi na wietrze. Magia w świecie Głową w mur została zindustrializowana. Napędza samochody, daje energię fabrykom, ułatwia produkcję wielu składników niezbędnych społeczeństwu (a dokładniej, bogatszej jego części). Wizja państwa-miasta w którym magia przybiera postać ponurej toksyny spływającej ściekami jest warta chwil spędzonych nad lekturą.

Dobra książka dla miłośników fantastyki. I tylko dla nich. 3.5/5.

piątek, 22 maja 2009

Ostatni wykład

Trudno jest pisać o tej książce nie popadając w rzewną nutę. W Ostatnim wykładzie zostały bowiem zawarte myśli śmiertelnie chorego człowieka - profesora informatyki, ojca trójki dzieci, Randy'ego Paush'a. Mając świadomość nadchodzącej śmierci (autor zmarł, zgodnie z prognozami lekarzy, kilka miesięcy po nagraniu wykładu i wydaniu książki) postanawia wygłosić na macierzystej uczelni ostatni w jego życiu wykład. Wykład w którym pragnie przekazać cząstkę siebie swoim potomkom.

O czym jest tak książka? O czym może mówić w ostatnim wykłądzie profesor informatyki? Mówił o tym że warto realizować swoje marzenia z dzieciństwa. Oraz o tym jak przeżyć życie, tak żeby niczego nie żałować. A także o tym jak gadżet wart dziesięć dolarów może zarobić sto tysięcy.

Ostatni wykład Randy'ego Paush'a jest poruszającą książką. O tym jak dobrą, może świadczyć fakt że choć przeczytałem ją wypożyczywszy z biblioteki, wiem że na pewno kupię mój własny egemplarz który będzie zdobił mi półkę.

Zasłużone 5/5.

Akwaforta

Lubię czytać dobrą fantastykę. Nie tasiemce w stylu Czarnej Kampanii Glena Cooka, ale książki której w zwartej formie opisują wyczarowane w umyśle autora światy. W tym przypadku autorką jest australijska pisarka K. J. Bishop, a lekturą Akwaforta, książka która zdobyła uznanie krytyków i została nominowana do prestiżowej w światku fantastyki nagrody World Fantasy Award.

Największą zarówno wadą jak i zaletą tej książki jest to że nie posiada ona zwartej fabuły. To że jest to wada nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, ale dlaczego może to być zaleta? Otóż, w Akwaforcie zamiast na wartkiej akcji, autorka skoncentrowała się na nakreśleniu rysów zrodzonego w jej umyśle świata. I zrobiła to nadwyraz umiejętnie. Opisy pustynnego Kraju Miedzi, oraz jego przeciwieństwa, przesyconego wilgocią miasta-państwa, pozwalają wgłębić się w ten przedziwny świat.

Znakomitym pomysłem jest również wątła nić głównej osi fabularnej - zderzenie racjonalizmu głównego bohatera z tajemnicą i magią, przemykającą nieśmiało gdzieś pomiędzy stronami.

Kawał dobrej książki - 4/5.

wtorek, 12 maja 2009

X-Men Geneza: Wolverine

Ten film to typowy ogłupiacz. Ale że warto czasem dać się szarym komórkom zrelaksować, a że jakoś tak się złożyło że na poprzednich X-Men'ach w kinie byłem to postawiłem się na niego wybrać.

Co przedstawia sobą ten film? Dokładnie to czego można się po nim spodziewać -dużo akcji, jeszcze więcej efektów specjalnych, banalne dialogi, marna gra aktorska... i jeszcze raz dużo akcji i efektów specjalnych. Zgodnie z tytułem opowiada historię jednego z X-Men'ów, pana Rosomaka, który, w mojej osobistej ocenie, jest jedną z najciekawszych postaci komiksowego uniwersum - samotnik, trochę zblazowany, ale w gruncie rzeczy 'o dobrym sercu'. Jak został przedstawiony w filmie? Nie najgorzej, oczywiście gra Hugh'a Jackman'a pozostawia trochę do życzenia, a nie ukrywam, nie spodziewałem się nie wiadomo czego.

Plusy i minusy: na plus można filmowi zaliczyć że zgodnie z oczekiwaniami zawierał duuuużo akcji, na minus - choć nie jestem fanem komiksów to kilka X-Men'ów czytałem... i zawsze mi się wydawało że historia Rosomaka była zupełnie inna niż przedstawiona w filmie...

W sumie: 3/5. Skutecznie dochamiający film.

niedziela, 10 maja 2009

Wino truskawkowe

Idąc do kina na 'Wino truskawkowe' spodziewałem się filmu magicznego. Komedii pełnej uroku i dobrych tekstów, pełną uroku gór. Film Dariusza Jabłońskiego rzeczywiście jest pełen gór. Widoki Beskidu niskiego oszałamiają pięknem, ujęcia górskich pejzaży są długie, wysmakowane. Wioska w której toczy się akcja jest biedna ale pełna uroku.

A sama historia? Oparta na 'Opowieściach galicyjskich' Andrzeja Stasiuka, opowiada o historię warszawskiego policjanta Andrzeja który z przyczyn osobistych postanawia zaszyć się małej miejscowości. I trafia do krainy którą każdy warszawiak nazwałby dziurą zabitą dechami, krainy gdzie nawet wrony zawracają. W tej małej, przepełnionej magią społeczności szuka samego siebie a znajduje... Więcej szczegółów nie zdradzę.

Po powyższym opisie można by sądzić że film mi się podobał. Niestety tak nie było. Wysmakowanych widoków było stanowczo za dużo. Akcja toczyła się niezmiernie powoli. Wypowiadane sentencje bywały ciekawe ale.. ale żadnej nie zapamiętałem więc najlepsze też nie były. A magia? Magii, której tak wypatrywałem, nie udało mi się w tym filmie odnaleźć. Pozostało znużenie.

W mojej ocenie 2/5.

piątek, 8 maja 2009

Przysięga otchłani

'Przysięga otchłani' Jean-Christophe Grange bywa określana jako 'thriller mistyczny' - pod tymi słowami kryje się grupa książek których fabuła krąży wokół tematów demonologii. Nie inaczej jest i w 'Przysiędze', głównemu bohaterowi, paryskiemu policjantowi Mathieu Durey przychodzi zmierzyć się z nieznanym. Jego żarliwa katolicka wiara staje przed wyzwaniem w postaci próby samobójstwa najbliższego przyjaciela.

Poszukując motywu tego czynu, natrafia na tajemnicze morderstwo - ciało ofiary znajduje się jednocześnie w różnych stopniach rozkładu. Nieoficjalne dochodzenie miota bohaterskiego policjanta po całej Europie, od Sycylii, przez Paryż, aż do Krakowa. Sprawa staje się coraz bardziej zagmatwana, zaczyna zagrażać życiu bohatera, i co więcej, jego psychice. Czy za mrocznym morderstwem stoi człowiek, czy sam Książę Ciemności?

Pytanie czy czytelnik chce się o tym dowiedzieć. Bo przez 600 stron książki wcale nie jest łatwo się przebić. Styl pisania jest ciężki, rozmywa się w nim cała akcja. Bohaterowie książki są sztuczni, nienaturalni.

W sumie nic ciekawego - 2/5. Z czego jeden punkt za tematykę diabelską.

czwartek, 7 maja 2009

Push

'Push' jest niestandardowym filmem o superbohaterach. Dlaczego niestandardowym? 'Supermoce' bohaterów tego filmu nie są dla nich wcale błogosławieństwem - ścigani przez Wydział, organizację amerykańskiego rządu pragnącą, nawet po trupach, okiełznać wybitnie uzdolnionych - kryją się w zapyziałych uliczkach Honkkongu. I przede wszysto starają się być normalnymi ludźmi.

W świecie 'Push'a pomysły na nadzwyczajne zdolności bohaterów zostały wzięte ponoć z publikacji parapsychologicznych. I tak mamy tam umiejętności telekinezy, jasnowidzenia, wymazywania pamięci, czy metamorfozy dotykanych przedmiotów. Co najciekawsze choć umiejętności bohaterów pozwalają im manipulować światem w niestandardowe sposoby nie sprawia to że stają się 'półbogami'.

Moim subiektywnym zdaniem film był całkiem niezły (z zdaniem tym nie zgadza się ani mała ani 80% krytyków). Oprócz pauperyzacji 'superbohaterów' ujął mnie jego styl - efektów specjalnych nie jest w nim za dużo, wręcz są dawkowane dość oszczędnie. Praca kamery dobrze wpisuje się w ten klimat ze swoją surowością - brakiem długich najazdów, nagłych przejść. Muzyka, choć na kolana nie powalała, również nie była najgorsza - spokojne lekko trip hopowe brzmienia.

A jakie są minusy tego filmu? Akcja zdecydowanie nie trzyma w napięciu. Zawiązuje się bardzo powoli co sprawia że przez pierwszą połowę filmu widz się po prostu nudzi.

Podsumowując: film-średniaczek - 3/5.

niedziela, 3 maja 2009

30 dni mroku

30 dni mroku, a właściwie 30 dni nocy bo tak brzmi dosłowne tłumaczenie filmu, jest reklamowany jako najlepszy horror ostatnich lat. Co za bujda! Jeśli ten film może startować do jakiegoś rankingu to chyba na najgorszy film roku (pytanie tylko którego, w USA film wszedł do kin pod koniec 2007 roku!). Kolejny po 'Co jest grane?' przykład tego że nie można ufać reklamom.

Co jest z tym filmem nie tak? Od czego by tu zacząć... A, mam! Może od tego że nie zdarzyło mi się od dawna oglądać mniej strasznego horroru. Większe dreszcze emocji przechodziły mnie na 'Zapowiedzi'. Co by tu jeszcze dodać... Gra aktorów? Żadna. Niby stroją wystraszone miny ale nie przekonują one ani trochę. Fabuła? Dawno nie widziałem banalniejszej (uwaga będzie spoiler), można ją streścić w jednym zdaniu - banda wampirów wycina w pień miejscowość na Alasce gdzie przez 30 dni panuje noc.

Gdzieś wyczytałem że jest to pierwszy od dawna film z 'prawdziwymi' wampirami. Nie wiem jak można pisać 'prawdziwości' czegoś tak fikcyjnego jak wampir. I jeśli wampir porozumiewający się językiem w stylu 'czaka-czaka-grrr-grr' (tłumaczonym oczywiście na angielski), latający z mordą umazaną krwią i o inteligencji muchy jest 'prawdziwy'. To ja stanowczo wybieram 'romantyczne' podejście z 'Wywiadu z wampirem'.

W mojej skali 0/5. I to tylko dlatego że skala nie przewiduje punktów ujemnych.

piątek, 1 maja 2009

Warszawa z wysoka

Na rogu Karowej i Krakowskiego Przedmieścia można znaleźć wystawę niesamowitą. 'Warszawa z wysoka' jest zbiorem zdjęć Warszawy zrobionych przez niemieckie lotnictwo. Zdjęcia ukazują miasto w niemal całym okresie wojny. Od zdjęć zwiadowczych z zaznaczonymi pozycjami wojsk rosyjskich z 1940 roku, po zdjęcia z końca 1944 roku, z czasów gdy Warszawa została odbita przez wojska radzieckie.
Na zdjęciach tych można zobaczyć ogrom zniszczeń jakiemu zostało poddane miasto. Zrównany z ziemią obszar getta Warszawskiego po powstaniu żydowskim. Usiany lejami po bombach obszar lotniska Okęcie. Plac Zawiszy poprzecinany drutami kolczastymi. Okopy w parkach. I bezmiar, bezmiar ruin - na zdjęciach z 1944 roku na palcach jednej ręki można policzyć budynki posiadające dachy.

Piękna i przerażająca wystawa. Ocena 5/5.

środa, 29 kwietnia 2009

Co jest grane?

Co jest grane? Film reklamowany u nas jako komedia w doborowej obsadzie: Robert De Niro, Sean Penn, Bruce Willis. Chciałbym rozwiać pewne 'nieścisłości' związane z tą promocją. Sean Penn i Bruce Willis rzeczywiście grają w filmie, ba, nawet grają samych siebie, problem polega na tym że są to role drugoplanowe - są widoczni na ekranie może przez piętnaście minut filmu... sumując czasy występowania każdego z nich. Kolejna nieścisłość to, to że film jest komedią. Może i posiada ze dwa w miarę śmieszne elementy ale stanowczo bliżej mu do dramatu.

O czym jest 'Co jest grane?'? O producencie filmowym (granym przez De Niro) który... zaraz, zaraz jakie 'który'? W tym filmie nie ma żadnego 'który' bo film nie ma fabuły. Brakuje mu zakończenia, rozpoczęcia i środka. De Niro biega sobie po ekranie jako producent filmowy, gada z różnymi ludźmi, a człowiek się wciąż zastanawia - po co? No właśnie (uwaga spoiler) po nic!

Myślałem że po tragicznych 'Zawodowcach' z De Niro nie może spotkać mnie już nic gorszego. W końcu ten film został nominowany przez Times do listy stu najgorszych filmów wszech czasów. Myliłem się. Co jest grane? nie dość że nie grzeszy jakością gry aktorskiej to jeszcze, w przeciwieństwie do 'Zawodowców' nie ma fabuły.

Ciężko mi to pisać, ale odnoszę wrażenie że De Niro jest kolejną upadłą gwiazdą kina. I podobnie jak mój niegdysiejszy ulubieniec Nicolas Cage dobrze by zrobił światu i sobie gdyby w końcu przeszedł na emeryturę.

W mojej ocenie 0.5/5. Pół punktu za pokazanie życia producenta filmowego.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Łowca

Dlaczego piszę o tej książce? Właściwie sam nie wiem - nie ma w niej nic specjalnego. Łowca napisany przez Dawida Morrell'a, płodnego kanadyjskiego pisarza, twórcę książki na podstawie której nakręcono film Rambo, nie jest książką wybitną. To typowy thriller z wartką akcją, zagadką która zostaje rozwiązana i całkowitym brakiem pretensji do przekazywania przesłań.

I właśnie dlatego jest takim znakomitym czytadłem. Po zanurzeniu w lekturę ciężko się od niej oderwać aż do końca. Czyta się, i czyta, i takie przyziemne rzeczy jak firma, praca, tylko przeszkadzają. Bo zakończenie przecież trzeba poznać, prawda?

Ja go wyjawiać nie będę. A za przyjemność czytania wystawiam 3.5/5.

Zapowiedź

Knowing to kolejny film o końcu świata jaki znamy. Końcu przepowiedzianym. Film jednej gwiazdy - Nicolasa Cage'a, znakomitego w filmach takich jak 8 milimetrów czy Ciemna strona miasta. Czy i w tym filmie pokazał co potrafi?

Gra w nim Johna Koestlera, profesora astrofizyki i wdowca samotnie wychowującego jedynego syna. Profesor, syn pastora, od śmierci żony zagorzały ateista i wyznawca teorii chaosu musi stawić czoła ciągowi zdarzeń które zachwieją jego światopoglądem. Ciągowi rozpoczętemu pięćdziesiąt lat wcześniej gdy pewna dziewczynka umieściła w kapsule czasu kartkę pełną liczb.

Czy Cage gra go dobrze? Bez rewelacji. Na pewno nie jest to rola życia, cóż, zapewne kolejna chałtura jak role w Skarbie Narodów. Nie będę ukrywał - uwielbiałem kiedyś Nicolasa Cage'a i na ten film wybrałem się przede wszystkim dlatego że on w nim gra. I wiem już że ten czynnik nie powinien był wpłynąć na moją decyzję - gra była mdła. Może czas przejść na emeryturę panie Nicolas'ie?

Gra aktorów średnia, a co z resztą filmu? Historia zaczyna się znakomicie. Zaskakuje, buduje nastrój. Przez pierwszą godzinę filmu nurt zdarzeń i sposób ich przedstawienia są porywające. Niestety film trwa ponad dwie godziny. A zakończenie jest tak marne... Że psuje całą przyjemność oglądania początku filmu.

Film dostaje w moich oczach 3/5.
Przy czy półtorej punktu zarobił dwoma scenami - z samolotem i w metrze - za genialne użycie efektów specjalnych. Tak naprawdę jedynie dla nich warto na niego pójść. Można ich też poszukać na youtobe.

piątek, 24 kwietnia 2009

Nieproszeni goście

Nie spodziewałem się niczego specjalnego po tym filmie. I nie ukrywam nie miałem wcale ochoty go oglądać - nigdy nie zrozumiem jak można lubić się bać. No ale mała bać się uwielbia (tylko pod kontrolą, to jest w mojej obecności) więc film pojawił się na tapecie. Czym są 'Nieproszeni goście'? Jest to kolejny horror amerykański bazujący na horrorach azjatyckich. Zawsze mnie zastanawiało czemu amerykanie to robią - ściągają pomysły skąd tylko się da. Widać prócz gromady blondynek w opuszczonym domu i faceta z piłą łańcuchową więcej pomysłów własnych nie mają.

W 'Nieproszonych gościach' bohaterką nie jest bynajmniej blondynka (od razu widać że film to przeróbka). Bohaterką jest przesłodzona brunetka o dziecięcej twarzyczce, oczywiście z problemami natury psychologicznej - jej chora mamusia zginęła w pożarze niemal rok temu. A, co się okazuje niedługo po zawiązaniu akcji, tatuś sypia z ex-pielęgniarką mamusi. Jedyną podporą Anny w tym trudnym czasie jest jej siostra.

No i zapomniałbym o najważniejszym - Anna widzi trupy. W nocy, czasem w ciągu dnia, nawiedzają ją duchy. Duchy które najwyraźniej mają coś do powiedzenia na temat tragedii sprzed roku.

Także widz brnie sobie spokojnie (na tyle spokojnie na ile jest to możliwe przy tego typu filmach) przez film, a jego oczom ukazują się kolejne fragmenty układanki - kolejne ślepe odnogi w pomysłach na zakończenie. Bo zakończenie, może nie specjalnie, ale zaskakuje (co prawda domyślałem się go na samym początku filmu ale potem udało się reżyserom zmienić moje domysły).

Czy warto się wybrać na ten film? Zależy kto ma na co ochotę - jeśli chcesz, czytelniku, pójść na film zagadkę to owszem, możesz się wybrać (znakomity moim zdaniem motyw konewki). Jeśli masz ochotę na chwile grozy... wybierz inny film bo napięcie w tym filmie budowane jest mocno przeciętnie, a trupy widziane przez Annę bardzo mało przekonujące (scena ze wskazywaniem podpalacza palcem jest bardziej śmieszna niż straszna).

W ogólnej ocenie 2/5.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Mordewind - Przechyły - 18.IV

W piękny sobotni wieczór osiemnastego kwietnia wybraliśmy się ekipą zwartą i gotową na koncert szantowy jednego z naszych ulubionych zespołów - Mordewindu. Koncert odbywał się w klubie Przechyły o lokalizacji tak tajemniczej że gdyby nie to że w ekipie byli śmiałkowie którzy go już kiedyś odwiedzili... pewnie byśmy tam nie trafili. W związku z specyficznym systemem rezerwacji (darmowe do godziny 19tej) do klubu zawitaliśmy dość wcześnie. I zaczeliśmy się raczyć piwem Calsberg które bynajmniej jak Calsberg nie smakowało (a w Przechyłach prócz Calsberga uświadczycie jedynie piwo 'Przechyły' własnej prodyukcji).

Koncert miał rozpocząć się o 21ej, rozpoczął o piętnaście minut później, co jak na standardy Mordewindu jest całkiem niezłym czasem (dawno, dawno temu, w Gnieździe Piratów, zdążyliśmy wyjść zanim koncert się na dobre rozpoczął). Szanty zagrali różnorakie, od klasyki gatunku, po genialne utwory własnego autorstwa, które jeśli nie współtworzą już klasyki to na pewno do kanonu wejdą - jak 'Burza' czy 'Ave Virgo Maria'. Ponadto pojawiło się kilka utworów z nowej płyty.. które z kolei nie przypadły mi do gustu. Nie oznacza to że są złe. Są to kawały naprawdę dobrego rocka.. właśnie 'rocka' a ja przyszedłem szant posłuchać. Także prócz nowości, dobór utworów znakomity - ale czego innego można się po Mordewindzie spodziewać.

Inną sprawą jest jak koncert zagrali. Choć trudno mi to mówić bo zespół lubię - zagrali jak zwykle. Czyli nie najlepiej. I ni chodzi tu o technikę, tej moje pijane ucho nie ma nic do zarzucenia. W tym co grali brakowało.. przekonania. Długie przerwy pomiędzy fragmentami koncerty, piosenki grane jakoś tak od niechcenia. Chałtura jednym słowem.

Tylko dlatego tak niska ocena: 3/5.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Rdza

Miała być powieść fantastyczna pokroju najlepszych dokonań Philipa K. Dick'a. A wyszło... Coś co może przybrać kolor rdzawy jeśli ktoś ma chore jelita. Książka Rafała Nowakowskiego jest powieścią marną. Więcej, jest powieścią strasznie słabo napisaną. Autor zarzuca czytelnika opisami pełnymi bezokolicznikowych zdań. Strzela przymiotnikami i rzeczownikami. Tylko o czasownikach zapomina. Bo po przeczytaniu połowy książki fabuła... zaczyna się zawiązywać. Ponadto czytając tę 'powieść' odniosłem wrażenie że korektor, ba, sam autor do rękopisu nawet nie zajrzał. Zdarzają się dwa zdania, jedno po drugim, przeczące same sobie.

O wizji świata wspominać nie będę. Wystarczy powiedzieć że komuś się pomylił klimat umiarkowany z podzwrotnikowym. I jeszcze parę innych rzeczy.

Dość już strzępienia języka. Nie ma co marnować śliny - ocena: 0/5.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Rock'n'Rolla

Ten film trzeba zobaczyc. Choćby po to by wyrobić sobie o nim zdanie. Nowa gangsterska komedia Guy'a Ritchiego jest bez dwóch zdań tego warta. Twórca Przekrętu poszedł na tym razem całość nakreślając absurdalny, karykaturalny obraz gangsterskiego podziemia Londynu.

Fabuła obraca się wogół przekretów na rynku nieruchomości, rynku którego niekwestionowanym królem jest Lenny Cole (Tom Wilkinson) i jego prawa ręka Archie (Mark Strong). W Londynie pojawia się nowy gracz - rosyjski miliarder Uri , gotów wydać naprawdę duże pieniądze na swój deweloperski biznes. Wydawałoby się prostą transakcję (miliony przechodzą grzecznie z rączki do rączki) komplikuje włączenie do gry się księgowej Uriego, Stelli (Thandie Newton), która dla samego dreszczyku emocji postanawia położyć swoją śliczną rączkę na kasie. W głowny wątek wplatają się wątki poboczne - o obrazie przynoszącym szczęście w interesach i poszukiwaniach syna marnotrawnego.

Wydawałoby się że film jakich wiele. Ale ja go pokochałem (tak jak uwielbiam resztę twórczości Ritchiego). Z filmu aż wylewa się gangsterskość. Jest tak przejasrawiony że aż do granic komiczny. Nie często zdaża mi się pokładać ze śmiechu oglądając film. Tym razem tak się zdarzyło. I to nie raz.

Bo są w tym filmie wątki i sceny genialne w swym humorze. Ot choćby wątek gangstera homoseksualisty (blah jakie to płytkie... i jakie komiczne), czy taniec rosyjskich speców od brudnej roboty. Sceny które zapadają w pamięci i dla ktorych chce się ten film zobaczyć jeszcze raz.

Ach i zapomniał bym o najważniejszym - ten brytyjski angielski - miodzio!

W skali sachera 5/5.